II Niedziela Wielkiego Postu – A

Rdz 12:1-4,   2 Tm 1:8b-10

Mt 17:1-9

Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie.


Jego słuchajcie

W każdej perykopie ewangelicznej jest jedno słowo, czasem jedno zdanie, które jest kluczem do tego właśnie fragmentu Ewangelii. Sądzę, że w dzisiejszej Ewangelii tym słowem kluczem jest to, co mówi na Górze Przemienienia głos z obłoku: „Jego słuchajcie„.

Przed kilku laty w jednej parafii, gdzie miałem głosić rekolekcje wielkopostne, przed rozpoczęciem rekolekcji proboszcz tej parafii szczerze powiedział: „Musisz pamiętać, że w tej parafii ludzie wyznają taką podstawową zasadę …

„If you don’t tell us what we want to hear, we will not listen to what you have to say”.

Co znaczy:               „JEŚLI NIE BĘDZIESZ NAM MÓWIŁ TEGO CZEGO CHCEMY SŁUCHAĆ, TO NIE BĘDZIEMY CIĘ W OGÓLE SŁUCHAĆ”.

Niestety taka jest mentalność współczesnego człowieka. Chce słuchać tylko i jedynie tego co mu się podoba, co odpowiada jego zapotrzebowaniom, co jest miłe, przyjemne i niewymagające, co nie sprawia „zgrzytu” w uszach i nie zmusza do jakiejkolwiek korekcji życia.

Być posłusznym w naszych czasach, to bardzo trudna i niepopularna sprawa. Kiedy słyszymy, jak to Bóg zażądał od Abrahama rzeczy niezwykłej, najpierw porzucenia ojczyzny i wyjścia z domu swego ojca, a później złożenia jedynego syna w ofierze całopalnej jesteśmy niemal oburzeni i słuchamy tej opowieści z niedowierzaniem. Trzeba się przecież kierować raczej zdrowym rozsądkiem, interesem, zyskiem, realizmem. Nie należy być zbyt uległym i pokornym, bo to nie przynosi żadnych wymiernych korzyści. Abraham jest według naszych standartów myślenia – nieodpowiedzialnym szaleńcem

Niby modlimy się w codziennym „Ojcze nasz …… bądź wola Twoja, przyjdź Królestwo Twoje ..” ale kto traktuje to poważnie, to taka tylko modlitwa …

Posłuszeństwo zakonne -ślubowane przez zakonników i zakonnice- uważamy również za jakąś dewiację, a nawet abulię woli lub inną chorobę psychiczną. W ogóle takie słowa jak:

– posłuszeństwo,
– pokora,
– uległość,
-poddanie się woli Bożej

wyrzuciliśmy z naszych codziennych słowników i zaliczamy je do kategorii dobrych być może w średniowieczu, albo co najwyżej przeznaczonych dla dewotek i bigotów.

Jak to więc jest z tym poleceniem Boga Ojca: „To jest Syn mój Umiłowany, Jego słuchajcie„?

„Wierzę w Syna Bożego”.  Ale co to znaczy w praktyce? Wierzę w Syna Bożego znaczy także wierzę Synowi Bożemu, słucham Go i ufam Mu.

Do czego zaprasza nas to wezwanie Boga Ojca: „To jest Syn mój Umiłowany, Jego słuchajcie„?

  • Co takiego Chrystus ma nam do powiedzenia, skoro sam Bóg poleca Go słuchać?

  • Co znaczy w moim życiu słuchać Syna Bożego?

Najpierw na pewno trzeba otworzyć uszy z pokorą. Nie mogę usłyszeć Syna Bożego, jeśli moje uszy są zamknięte i ogłuszone jazgotem medialnym. Trzeba najpierw wyłączyć ten jazgot, wyciszyć się i otworzyć uszy na głos Syna Bożego.

A Chrystus ma nam na pewno coś do powiedzenia:

– o nas samych,
– o naszej ludzkiej kondycji, bo sam był CZŁOWIEKIEM,
– o naszym życiu,
– o jego ostatecznym przeznaczeniu i sensie.

On ma nam do powiedzenia coś, o czym nie powiedzą nam żadne inne media i nie podpowiedzą żadne reklamy. Posłuszeństwo Chrystusowi, słuchanie Chrystusa to nie choroba, czy abulia woli, to nie pozbycie się odpowiedzialności, ani alienacja, jak chce ateizm, czy też wyraz słabości, jak zapewnia sartrowski egzystencjalizm.

Słuchać Syna Bożego to iść za Tym, Który jest Zbawicielem i Odkupicielem człowieka. To zaufać Temu, Który na pewno wie jaka jest moja bieda i na pewno wie jak mnie z tej biedy wyprowadzić.

A przecież słuchać Chrystusa, to odkryć prawdziwe znaczenie człowieczeństwa i moje ostateczne przeznaczenie, jakim jest stanie się dzieckiem Bożym. Tylko, że takie perspektywy i takie horyzonty to pewno już za dużo dla człowieka, który nie chce słuchać nikogo poza samym sobą, a już na pewno nie kogoś, kto jest dla niego zbyt wymagający … A Chrystus jest wymagający, bo nie jest połowiczny, ani eufemistycznie naiwny i nawołując do nawrócenia i zawierzenia Ewangelii, jest bardzo rzeczowy i konkretny. On nie pieści ludzkich uszu tanimi sloganami i nie szuka poklasku ani aplauzu, tylko dobra człowieka … czasami dobra trudnego …

Chrystus nie mówi nam tego czego chcemy słuchać, co jest dla nas przyjemnie i miłe, ale to co jest dla nas do zbawienia konieczne.

Podstawowym jednak warunkiem do tego jest SŁUCHANIE, otwarcie uszu i serca. Chrystus nie powie mi NIC, jeśli zamknę uszy na Jego słowa, jeśli zamknę serce na Jego naukę. Chrystus nie powie mi nic jeśli ja sam trwam uparcie w swoich przekonaniach i odrzucam Jego naukę. Taka właśnie postawa -zatwardziałość serca– charakteryzowała Izraelitów na pustyni. Nie chcieli słuchać Boga, przemawiającego przez Mojżesza i Aarona, bo zatwardziałe było ich serce. Oni po prostu wiedzieli lepiej, oni nie chcieli słuchać bo bali się, że musieliby coś zmienić s swoim życiu.

Słuchanie Chrystusa, to wzięcie odpowiedzialności w swoje ręce, to rozpoznanie swojego prawdziwego miejsca i roli w świecie, to wyraz siły i uznania wielkości człowieka, ale zarazem prawda o jego słabości i ułomności. Tak łatwo dajemy się kierować reklamom, tak łatwo słuchamy fałszywych współczesnych proroków i idoli, a tak trudno jest nam zawierzyć, zaufać Bogu.


Przemienienie na Górze Tabor

Można patrzeć i nie widzieć, można słuchać i nie słyszeć, można słyszeć i widzieć, a mimo to być ślepym i głuchym wewnętrznie na to, co się widzi i słyszy. I tak jest chyba w wypadku wielu współczesnych zobojętniałych chrześcijan. Tak chyba zresztą było i w wypadku Apostołów; Piotra, Jana i Jakuba, którzy byli przecież świadkami niezwykłego wydarzenia, widzieli i słyszeli, a przecież nie zrozumieli i nie rozumieli jeszcze bardzo długo. „Dobrze, że tu jesteśmy …” – mówi Piotr w zachwycie. „Zostańmy tutaj, bo tak nam tu dobrze„. Jakże wielu chrześcijan dzisiejszych szuka w religii tylko takich właśnie zachwytów i uniesień? Ale kiedy przychodzą chwile próby ich wiary, kiedy trzeba zdać egzamin moralny z głębi tego, w co wierzą, to tak szybko zapominają o zachwytach i są zdziwieni, uciekają, odchodzą, jak Piotr w czasie męki i ukrzyżowania.

Można patrzeć i nie widzieć, można słuchać i nie słyszeć, można być ślepym i głuchym wewnętrznie … I dlatego może trzeba abyśmy zrozumieli, co chce nam powiedzieć Bóg Ojciec w słowach: „To jest Syn mój wybrany, Jego słuchajcie„. Chrystus ma nam na pewno coś do powiedzenia i to na pewno coś głębszego i bardziej substancjalnego, niż tylko powierzchowne zachwyty i uniesienia. Chce nam mówić o miłości, ale o miłości wymagającej i nie sentymentalnej, chce mówić o przebaczeniu i o zbawieniu, ale nie na siłę i wbrew woli człowieka, chce być przyjacielem i bratem, ale nie narzucającym się i raczej szanującym wolność ludzkiego wyboru. Chce nam powiedzieć o niebie i tam nas doprowadzić, ale nie w sposób naiwny i czułostkowy. Chce nas zaprowadzić z Góry Tabor – góry przemienienia na Górę Kalwarię. Bo tylko tamtędy wiedzie droga do Góry Wniebowstąpienia, do zbawienia i szczęścia wiecznego. Czy jestem na to gotowy? Piotr był zachwycony na Górze Przemienienia, ale nieobecny na Kalwarii … Musiał jednak i on przejść swoją Kalwarię, aby zostać już na zawsze ze swoim Mistrzem … Góra przemienienia to tylko etap, tak jak i Kalwaria, i warto o tym pamiętać w chwilach uniesień, ale i w chwilach prób i doświadczeń.


Przemiana

Aby dostrzec Boga i Jego wielkość trzeba nam najpierw „wejść na górę”, wspiąć się ponad przyziemne i doczesne sprawy, wyjść z codzienności, udać się „na osobność”, wsłuchać się w głos Boga, przyjąć Jego zaproszenie. Bóg zaprasza nas, jak Abrahama; ‚wyjdź z twojej ziemi” i z twojego domu, z twoich spraw i małostek. Jak Jezus wziął ze sobą Apostołów, tak i nas pragnie wziąć ze sobą i zaprowadzić „na górę wysoką, osobno„. Kto nie chce przyjąć tego zaproszenia i nie chce pójść za Jezusem „na osobność” nigdy nie doświadczy i nie dozna zachwytu wielkością Boga, nigdy nie doświadczy przemienienia, nigdy nie zobaczy ostatecznego sensu i celu swojego życia, zawsze będzie orał nosem po ziemi i szukał tylko doczesnego spełnienia.

Okres Wielkiego Postu jest okazją do takiego wyjścia z siebie i z przyziemności, jest okazją do owej wspinaczki „na górę”, aby nie zostać przytłoczonym doczesnością, jest doskonałą okazją do przeżycia i doświadczenia przemiany. Trzeba tylko podjąć wysiłek opuszczenia swojego „małego domku doczesności i interesików”.

Czy stać mnie jeszcze na inne spojrzenie na moje życie?

Czy już stale będę tylko zanurzony w codzienności i przyziemnych sprawach?


oto jestem …

Bóg tak głęboko wchodzi w historię człowieka, że staje się jednym z nas (1Tm 2:5). A robi to nie dla siebie, nie po to, że Jemu jest to potrzebne, ale dla człowieka. On nie tylko stał się jednym z nas, On stał się, On nadal jest dla nas. Ta bliskość i obecność Boga wyraża się szczególnie w drugim dzisiejszym czytaniu, ale -na dobrą sprawę- całe Pismo Św. jest historią Boga, który jest z człowiekiem i dla człowieka. Kiedy Chrystus na górze Tabor objawia swoją boskość, to czyni to także dla człowieka, chcąc przygotować swoich uczniów na chwilę ostatecznej próby, ale zarazem pokazać, że oto Bóg jest z człowiekiem.

Pozostaje jednak pytanie: „Czy ja jestem z i dla Boga? Czy jak Abraham potrafię w ekstremalnych warunkach zaufać Bogu do końca i odpowiedzieć –jak on, ojciec wierzących- oto jestem? To bycie Boga z i dla człowieka wyraziło się najpełniej w męce i śmierci Chrystusa na Krzyżu. Tutaj Bóg poszedł niejako „na całość”. Tutaj pokazał, jak bardzo jest z nami i dla nas.

 

Środa Popielcowa – Pokuta i nawrócenie

sroda_popielcowa

Tyle już razy przeżywałem Środę Popielcową, tyle razy rozpoczynałem Wielki Post… I za każdym razem powracało z coraz większą wyrazistością pytanie: – Co się w moim życiu zmieniło? A nawoływanie Chrystusa: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (por. Mt 1, 15) pozostawało i nadal pozostaje zadaniem do wykonania. Jak trudno jest coś zmienić w życiu, jak trudno radykalnie uwierzyć w Ewangelię… Dlaczego? Przecież nie brak mi ani środków, ani możliwości. Przecież nie jestem ateistą, albo kimś obojętnym religijnie. Wewnętrznie noszę w sobie przekonanie o słuszności Ewangelii, o Prawdzie Dobrej Nowiny, tylko… tylko jakiś marazm już dawno wkradł się w moje życie. Marazm i zniechęcenie, ociężałość i brak dynamizmu. Życie codzienne arogancko wciska się ze swoimi potrzebami i nakazami, ze swoimi „ekonomicznymi prawami”. Tak trudno nabrać dystansu, oderwać się – chociaż na chwilę – od konieczności robienia pieniędzy, zaryzykować i pójść na całość. Tak trudno w końcu zaufać Chrystusowi, w którego przecież wierzę! Ale ta moja wiara taka jakaś nijaka i bez przełożenia na życie. Dlatego powracają pełne wyrzutu słowa Chrystusa: „Biada tobie, bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”. (por. Mt 11, 21)

Każdy Wielki Post, to kolejna okazja do wyrwania się z marazmu i nijakości, do krytycznego spojrzenia na swoje życie, do podjęcia na nowo wysiłku zmiany, nawrócenia, do otrząśnięcia się i rozpoczęcia na nowo. Warto co roku podejmować taki wysiłek, mimo że nieraz wydaje się, że jest on tak nieefektywny, że skutki są tak mało widoczne. Warto, bo może bez tych corocznych małych wstrząsów byłoby jeszcze gorzej? Bo może bez tego corocznego posypania głowy popiołem zapomniałbym w ogóle, że jestem prochem i wpadłbym w pychę nie do uniesienia? A nie ma nic gorszego dla człowieka, niż pełne pychy przekonanie, że się jest doskonałym i że już nic nie należy zmieniać.

Stefan Świeżawski pisał: Naprawdę wolny jest człowiek, w którym może się rozwijać pełne życie duchowe, przyrodzone i nadprzyrodzone, nie natrafiając na przeróżne opory rozlicznych braków, a zwłaszcza grzechu.

Uwolnić się od rozlicznych spętań, jakie nawarstwiały się całymi miesiącami w naszym życiu, żeby swobodnie zbliżać się do Boga, wzmacniać miłujące więzi ze Stwórcą, to podstawowy cel Wielkiego Postu.

VIII Niedziela w ciągu roku – A

Iz 49:14-15,   1Kor 4:1-5

Mt 6:24-34

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? A o odzienie czemu się zbytnio troszczycie? Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swoim przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary?

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie.

Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

dziecko-lazarz

Nikt nie może dwóm panom służyć

Nie na dzisiejsze czasy wydają się słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii. „Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co będziecie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się będziecie przyodziewać. Przypatrzcie się ptakom …” Czyżby Chrystus pochwalał tu nieróbstwo, czyżby sprzyjał znanym nam „niebieskim ptakom” i „dzieciom kwiatom”, leniom, nierobom i ludziom nieodpowiedzialnym, liczącym na „mannę z nieba”? Łatwo można do takiego wniosku dojść czytając słowa dzisiejszej Ewangelii tylko pobieżnie. ale przecież wiemy, że tak nie jest. On sam (jak mniemano) był synem rzemieślnika i na pewno wiedział doskonale jak ciężko trzeba pracować na „chleb powszedni”, jak w pocie czoła należy zdobywać konieczne do życia środki. Na pewno nie pochwala więc nieróbstwa i bezczynności, nieodpowiedzialności i braku zaradności.

Przestrzega nas jednak przed nadmiernym przywiązywaniem wagi do dóbr doczesnych, przed zaślepieniem, przed uznaniem, że całe moje życie do tego wymiaru się sprowadza. Czyż te przestrogi nie są na dzisiejsze czasy? Zobaczmy, jak wielu ludzi tak bardzo się „zagalopowało” w swej zaradności, że zapomnieli o wszystkim innym, że dla nich całe życie sprowadza się do zapewnienia sobie doczesnego dostatku i dobrobytu nawet kosztem innych, kosztem sprawiedliwości społecznej, kosztem zwykłej uczciwości. Zawsze kiedy czytam te słowa, myślę o tych, którzy zapomnieli o tym, że obok nich żyją inni ludzie, że świat jest piękny i godny podziwu i zachwytu, o tych, którzy zaślepieni zostali tak bardzo „mamoną”, że nic innego poza nią już nie widzą, że nie liczy się dla nich własna rodzina, dzieci, przyjaźń, życie wieczne, nic poza pieniądzem.

Czy Jezus w dzisiejszych przypowieściach nie chce nam po prostu powiedzieć: „Nie jesteś nieszczęśliwy dlatego, że przymierasz głodem lub dlatego że czegoś ci brakuje, ale dlatego, że za duże masz wymagania. Przestań nadmiernie gromadzić i zabiegać o to co jest drugorzędne, a będziesz na pewno szczęśliwszy”?

Czy nie chce też powiedzieć; „Zaufaj bardziej Bogu niż swoim możliwościom, układom, koneksjom i swojemu bogactwu, a będziesz o wiele szczęśliwszy”?

Gdzieś kiedyś wyczytałem, że np. 260 najbogatszych ludzi świata ma na swoich kontach tyle, ile roczny dochód 3 miliardów najuboższych, a więc tej drugiej, biedniejszej połowy świata. Co oni z tą „mamoną” robią? Czyż to nie jest szokujące? Czyż to nie jest to o czym mówi Chrystus?

Niedawno znalazłem i taką informację: „Biedne dzieci w Indiach, Chinach i Pakistanie szyją ręcznie piłki dla wielkich firm sportowych”. Te dzieci nie mają możliwości chodzenia do szkoły, nie mają zabawek, nie mają dzieciństwa, ale ….. ich niewolnicza praca „umila” życie milionom innych, sportowych fanów nawet nieświadomych tej niesprawiedliwości. A jakby tego nie było dosyć, to według danych UNESCO na zapewnienie szkoły dla wszystkich biednych dzieci  na świecie potrzeba rocznie 8 miliardów dolarów. Na przygotowanie ostatnich zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi wydano 50 miliardów dolarów. I znowu jedni nie mogą nawet marzyć o szkole, kiedy inni wydają krocie na przyjemności.

Ale czy trzeba aż tak daleko sięgać. Spójrzmy wokół nas, na nasze społeczeństwo, na nasze układy i nasze życie. Ileż w nim niesprawiedliwości, ileż zaślepienia mamoną, ileż egoizmu i bezduszności ….

„Mamona” zaślepiła świat całkowicie i Chrystus przed tym właśnie przestrzega, ale i przed uspokajaniem swojego sumienia: „Ja przecież muszę dbać o siebie i swoich najbliższych. Nie nakarmię wszystkich głodnych i wszystkim potrzebującym nie pomogę. Muszę zapewnić najpierw sobie i swoim dzieciom „godziwe warunki życia”, a później będę mógł myśleć o innych” … Czyż to też nie jest zaślepienie?  Przypowieść o bogaczu i Łazarzu narzuca się sama … A słowa Jezusa: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych …” pozostają nadal aktualne.

Panie nie pozwól, aby mamona zasłoniła mi świat i drugiego człowieka …
Nie pozwól, abym zapomniał o Twoim Królestwie …
Bo ostatecznie …. komu ja służę ….?
——————————————————————-

No one can serve two masters

It seems that the words of Christ in today’s Gospel are not for the contemporary world. „Do not be anxious about your life, what you will eat or drink, or about your body, what you will be wearing. Consider the birds …” Does Jesus approve the idleness by this, does He really favour famous „blue birds ” and „children flowers „, does He suggest the laziness, and support irresponsible people, counting on the „manna from heaven”? You can easily come to this conclusion by reading the words of today’s Gospel only briefly and superficially. But we know that it is not so. He was (supposedly) the son of a craftsman and certainly knew very well how hard you have to work for „daily bread” and that in the sweat of your brow one should acquire the necessary measures to life. Certainly He doesn’t approve idleness and procrastination, irresponsibility and lack of creativity.

However, He warns us against the specific attention to the worldly goods, against the blindness of greediness, against the error of considering that my whole life is reduced to only these material dimensions. Are these warnings not for today? Let’s see how many people so much „progressed” in their „resourcefulness”, how they forgot everything else, that for them the whole life is summarized in securing worldly prosperity and well-being, even at the expense of others, at the expense of social justice at the expense of ordinary honesty. Whenever I read these words, I think of those who have forgotten that they live next to other people, that the world is beautiful and worthy of admiration and delight of those who have been blinded by so much „mammon” they see nothing else beyond money. They do not see their own family, children, friendship, eternal life, nothing else but money.

Does not want Jesus in these parables simply say: „You’re not unhappy because starvation or because you are missing something, but because you requirements are for a large. Stop to amass and seek to collect what is secondary, and you’ll definitely be happier”?

Does He not want to say also: „Trust in God rather than in your capabilities, systems, cleverness and your wealth, and you’ll be much happier”?

I read somewhere once that, for example 260 richest people in the world have on their accounts as much as the annual income of three billion poorest, more that the poorer half of the world. What are they doing with the „mammon”? Is it not shocking? Is not that what Christ is talking about?

I recently found also this information: „The poor children in India, China and Pakistan, are sewing by hand the soccer balls for the big companies”. These children cannot go to school, they have no toys, no childhood, but ….. their slave labor makes kind the lives of millions of other sports fans even unaware of this injustice. And as if that were not enough, according to UNESCO to provide schools for all the poor children in the world we need only $8 billion annually. At the same time to prepare the Winter Olympic Games 2014 in Sochi 50 billion dollars were spend. Again, some people cannot even dream of school, when others spend a fortune on their pleasure.

But do we need to go that far. Let us look around us, our society, our systems and our lives. How much injustice is in it, how much blindness of mammon, how much selfishness and egoism, and arrogance….?

The „Mammon” blinded the world completely and Christ warns us before we fall in that blindness. He warns us also against quieting our conscience: „I still have to take care of myself and my family. I cannot feed all the hungry of the world. I have to ensure first my life and the life of my kids and then I’ll be able to think about others’ needs …” Is it not an infatuation? The parable of the rich man and Lazarus imposes itself … And the words of Jesus: „whatever you did for one of these least brothers of mine … you did it to me …” remain valid.

Lord do not let the mammon blind me so much that I don’t see the world and another people in it …
Do not let me forget about your kingdom…
Because eventually…. whom I serve….?
DRUKUJ / PRINT

 

VII Niedziela w ciągu roku – A

Kpł 19:1-2.17-18, 

Dalej Pan powiedział do Mojżesza:

Mów do całej społeczności Izraelitów i powiedz im: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz! …

1Kor 3:16-23

Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście. …

Mt 5:38-48

Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb!

A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.

Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?

Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.

wezwani

Bądźcie doskonali …

Ewangelia dzisiejszej niedzieli kontynuuje rozważania podjęte przez Chrystusa w poprzednią niedzielę. Używając tego samego schematu, Jezus naucza swoich uczniów, przeciwstawiając prawo starotestamentalne prawu Nowego Przymierza. Jest to poszerzony wykład przykazania miłości. Miłość Boga nie może być prawdziwa, jeśli nie realizuje się na co dzień w miłości do bliźniego. A miłość ta nie jest ani sentymentalna, ani uczuciowa, ale bardzo konkretna i wymagająca. Co więcej jest ona – albo być powinna – miłością powszechną. Nie ma już – jak w Starym Testamencie – rozróżnienia na bliźniego i obcego, przyjaciela i nieprzyjaciela. Wszyscy są moimi braćmi. Wszystkim jestem obowiązany okazywać szacunek. Wszyscy mają prawo do mojej pomocy i życzliwości, do serdecznego i sprawiedliwego traktowania: „Daj temu, kto cię prosi i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie.” Trudne są te słowa i wiemy sami, jak bardzo wymagające bywa czasami to przykazanie. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują.” Tak trudno nam na co dzień wprowadzić w życie te wymagania Jezusa, tak trudno okazać wyrozumiałość i serdeczność, życzliwość i wybaczenie tym, którzy na nas „nastają” i nam dokuczają. Co więcej jedynym powodem dla praktyki takiej, powszechnej miłości bliźniego jest doskonałość na miarę doskonałości Boga Ojca. Chrystus nie obiecuje za to żadnej nagrody, jak to miało miejsce w Starym Testamencie „abyś długo żył i aby ci się dobrze powodziło …”. Jedyną nagrodą jest życie wieczne, tak przecież dla nas odległe i nierealne …

Łatwo się o tym pisze i dyskutuje, łatwo poucza i daje dobre rady. Ale jak to wprowadzić do praktyki własnego życia? Jak nie osądzać pochopnie, nie wydawać wyroków, przebaczać „siedemdziesiąt siedem razy”? Jak się nie denerwować, jak nie mieć żalu, nie nosić urazy w sercu? Jak nie szukać swego i nie udowadniać swoich racji? Jak miłować KAŻDEGO bliźniego, tak jak Bóg go miłuje. Byłoby to nawet możliwe, ale … pod pewnymi warunkami: – żeby się on zmienił, żeby przyjął mój punkt widzenia, żeby przestał mi dokuczać, żeby wykazał choć odrobinę skruchy, czy dobrej woli, żeby … itd., itp. …

Ale tak bezwarunkowo i równo … bez jakichkolwiek zastrzeżeń i warunków wstępnych … Nie! to niemożliwe, to jest przecież równoznaczne z naiwnością, wystawianiem się na ciosy i razy ….

Nie stawiajcie oporu złemu, jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi …” Nie, to takie trudne, to niemożliwe, to jest naiwne i wbrew zdrowemu rozsądkowi …

Ale czy ja kiedyś próbowałem tak właśnie postępować. Czy próbowałem nie oddawać złem za złe, ale zło dobrem zwyciężać? Radykalizm ewangeliczny, wymagania stawiane przez Mistrza są niezwykłe, a przecież nie są nierealne i niemożliwe. Tylu już przede mną spróbowało i … pokazali, że jest to możliwe!

Panie, naucz mnie, jak kochać ludzi, których tak trudno kochać …

English version

Be perfect …

Today’s Gospel continues the considerations made by Christ on the preceding Sunday. Using the same scheme, Jesus teaches his disciples, confronting the law of the Old Testament with the law of the New Covenant. This is an extended talk about the commandment of love. Love of God can not be true, if not carried out every day in the love of neighbor. And love is neither sentimental nor emotional, but very specific and demanding. What’s more, it is – or should be – universal love. There is no longer – as in the Old Testament – the distinction between neighbor and stranger, friend and enemy. They are all should be seen as brothers. To  all I am obliged to show respect. Everyone is entitled to my help and kindness, to the loving and fair treatment, „Give to him who asks you, and do not turn away from the one who wants to borrow from you.” These words are difficult, and we know ourselves, how it is sometimes very demanding this commandment. „Love your enemies and pray for those who persecute you.” It is so hard for us to implement every day the requirements of Jesus, it is so difficult to be understanding and cordial, kind and forgiving those who “persecute us” and tease us. Moreover, the only reason for such practices, the universal charity is the perfection “at the measurement” of the to perfection of God the Father. Christ does not promise any reward for it on the earth, as it was in the Old Testament, „so you may live long and wealthy your life …„. The only reward is eternal life, what seems to be so far and sometimes distant and unrealistic for us …

It is easy to write about it and discuss, it is easy to teach others and to give a good advice. But how to introduce the practice of this commandment in my own life ? How not to judge and condemn hastily, how to not deliver a condemning judgments, how to forgive „seventy times seven„? How not to get frustrated as you do not see regrets, how to not carry resentment in your heart? How not to look for my own interest and did not constantly prove that I am right? How to love EVERYONE as God loves him? Would or could it even be possible?  … Maybe only under certain conditions? Maybe only if the neighbor changes to accepted my point of view, stops teasing me, shows a little bit of remorse, or good will to … etc., etc. . .. Maybe I will be able to show him some kindness?

But just unconditionally and equally … without any reservations and preconditions … No! it is impossible, it is after all synonymous with naivety, it is to exposing myself to the blows and hits ….

Do not resist evil, if anyone strikes you on the right cheek, turn to him the other also … ” No, it’s so difficult, it’s impossible, it is naive and contrary to common sense …

But did I ever tried just follow this? Did I tried to not give evil for evil, but overcome evil with good? The radicalism of the Gospel, the requirements of the Master are unusual, and yet are not unrealistic and impossible. As many before me have tried and … showed that it is possible! They were the saints … and my vocation is to become saint!

Lord, teach me how to love the people you love so hard …

Kazanie do druku  TUTAJ

VI Niedziela w ciągu roku – A

Syr 15:15-20,   1Kor 2:6-10
Mt 5:17-37

Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz.

Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła.

I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy. A ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa.

Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie – ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi.

Poza dobrem i złem

poza-dobrem-i-zlemCzasy w których żyjemy stwarzają coraz większą pokusę pozbycia się wszelkich autorytetów i wszelkich praw. Rozpoczęło się to oficjalnie od książki Fryderyka Nietzschego zatytułowanej „Poza dobrem i złem” opublikowanej w 1886. Autor głosi w niej filozoficzną tezę tzw. immoralizmu według której, człowiek powinien ustawić się właśnie poza kategoriami dobra i zła, które są szkodliwe i bez znaczenia. Immoralizm zawiera więc postulat postulat krytyki wszelkich wartości moralnych, podważenie przydatności pojęcia dobra i wartościowania moralnego. Nie chodzi zatem o określenie moralnego dobra, lecz o usunięcie w ogóle kryteriów moralnych z całego wartościowania. Teza ta prowadzi do wypracowania nowych, własnych pryncypiów służących ocenie jednostki i jej działalności.

Z drugiej strony mamy Chrystusa, Który nie znosi prawa, nie stawia nas poza moralnością, poza dobrem i złem, w pustce i relatywizmie. On raczej to starotestamentalne zewnętrzne prawo udoskonala i czyni bardziej wewnętrznym, bardziej osobistym i głębszym. Chrystus, Który jest Ostatnią Instancją, Prawem Bożym Wcielonym zachęca człowieka do postępowania zgodnie z sumieniem, gdzie to prawo Boże każdemu z nas się objawia.

Jak sądzisz, wśród dzisiejszych ludzi więcej znajdziemy tych, którzy idą za Chrystusem czy raczej tych, którzy (nawet nie znając Fryderyka Nietzschego) pójdą za jego immoralizmem?

x-przyk

III Niedziela w ciągu roku – A

Iz 8:23b-9:-3,   1Kor 1:10-13.17

Mt 4:12-23

Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.

2782

Cokolwiek uczyniliście …

Kiedy Chrystus przyszedł z Dobrą Nowiną na ziemię ludzie rzeczywiście widzieli w Nim kogoś, kto był dobry, po prostu dobry na co dzień i nie po to, aby Go inni widzieli i chwalili. On widział cierpienie ludzi chorych, potrzeby ludzi ubogich i głodnych, On nie musiał być proszony, błagany, nagabywany. Miał oczy zawsze otwarte na potrzeby ludzi i uzdrawiając, lecząc, karmiąc, czyniąc dobro nie robił nikomu łaski, nie wynosił się, nie poniżał nikogo i nie upokarzał. Rzeczywiście kiedy On przechodził przez ziemię, mieszkańcom kraju mroków zabłysło światło (Mt 4,16). Ewangelia, którą On głosił jest rzeczywiście Dobrą Nowiną o zbawieniu, o wyzwoleniu człowieka. Ewangelia przez Niego głoszona była poparta czynem, Jego dobrym działaniem, Jego dobrocią i miłością do człowieka, która wyrażała się nie w słowach, ale w czynach. On wyzwalał człowieka, przynosząc mu dobrą nowinę, czynił go wolnym przez najprostsze dobre czyny.

A jak jest z nami? Czy my postępujemy drogą Mistrza? Czasami głosimy piękne słowa o miłości, głosimy Dobrą Nowinę ubogim i jesteśmy przekonani, że naśladujemy Chrystusa. Ale nasze postępowanie nie idzie w parze z naszymi słowami. Jesteśmy ślepi na potrzeby ludzi ubogich. Dajemy się prosić i błagać, każemy innym czekać na naszą dobroć i łaskawość. Czasami udajemy, że nie widzimy. Czasami jesteśmy rzeczywiście ślepi i zapatrzeni tylko w siebie, widzimy tylko nasze własne sprawy i interesy. Czasami lekceważymy sobie innych i nie zwracamy uwagi na ich potrzeby, na ich biedę, bo mamy tyle innych spraw na głowie, bo jesteśmy tacy zapracowani, tacy zabiegani, tacy zajęci. Jeśli już jesteśmy dobrzy, to często po to, aby nas inni widzieli i chwalili. Jeśli już jesteśmy dobrzy, to robimy to ostentacyjnie i na pokaz. Jezus przeszedł przez ziemię dobrze czyniąc. A ponadto mówił wprost: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych mnie to uczyniliście. ale też : Czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych tego i mnie nie uczyniliście. Czy ja idę przez ziemię śladami Chrystusa, czyniąc dobrze? Bez proszenia, bez łaski, bez wielkich słów i nie na pokaz?

Czy nie lekceważę sobie człowieka stojącego nieraz obok i czekającego na moją pomoc, bo jestem taki zajęty… SOBĄ?

Whatever you did …

When Christ came with good news to the earth people actually saw in him someone who was good, just good, good in every day life, and not so that others saw him and praised. He saw the suffering of the sick, the needs of the poor and hungry, he does not have to be asked, begged or hounded. His eyes were always open to the needs of the people and healing, helping, feeding, doing good to anyone who was in need, do not humiliate anyone and not neglected. Indeed, when he passed through the land, to the people of the country the gloom a light has shone (Matthew 4:16). The Gospel that he preached is indeed good news of salvation, liberation of man. Gospel preached by Him was supported by His deeds, His good action, His kindness and love for man, which was expressed not in words but in deeds. He liberated man, bringing to people the good news, He did it free by simple good deeds.

And how is it with us? Do we proceed through the Master? Sometimes we speak beautiful words about love, preach the Good News to the poor, and we are confident that we imitate Christ. But our actions do not go hand in hand with our words. We are blind to the needs of the poor. We give but we wait to asked and pleaded, we tell others to wait for our goodness and kindness. Sometimes we pretend that we do not see. Sometimes we are really blind and just gazing at each other, we see only our own affairs and interests. Sometimes we neglect bothers and the others. We do not pay attention to their needs, their poverty, because we have so many other things to worry about, because we’re so busy, so busy. If we’re good, it is often so that to be seen by others and to be praised. If we’re good, we do it so ostentatiously as a kind of a show. Jesus went through the land doing good. And he spoke bluntly: Whatever you did for one of these least brothers of mine you did it to me. But also: Whatever you did not do for one of these least brothers of mine you did not do it to me. Do I go through the life in the footsteps of Christ, doing good? Without asking, without playing „graciousness”, without big words and not on to bee seen and applauded?

Do not underestimate a man standing next to you, and sometimes waiting for your help, because you are so busy … To much concern about YOURSELF?

06.01. Objawienie Pańskie – Trzech Króli

Iz 60,1-6,   Ef 3,2-3a.5-6,  

3-kroli

Mt 2,1-12

Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.  A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.

Uwielbiajcie Pana wszystkie ludy ziemi

Wydawać by się mogło, że mają rację ci, którzy mówią o imperializmie Kościoła, czy imperializmie chrześcijaństwa. Kościół od wieków głoszący Chrystusa na wszystkich kontynentach wywołuje niewątpliwie mieszane reakcje. Takie też są odczucia niektórych ludzi po opublikowaniu dogmatycznego dokumentu „Dominus Jesus”, który wywołał zagorzałą dyskusję wśród teologów i narodów Azji.  Czy jednak jest to prawda, czy może raczej tylko „uczulenie” niektórych na Boga?

Pozostawiwszy na boku tego rodzaju akademickie i teologiczne spory może lepiej przyjrzeć się dzisiejszej scenie ewangelicznej. Oto narody „pogańskie”, w osobach trzech mędrców przychodzą same do wcale nie imperialistycznego Chrystusa, do Dzieciątka i uznają w Nim Króla, Któremu chcą oddać pokłon. Dzisiejsza uroczystość Objawienia Pańskiego ukazuje nam tę niezmierzoną prawdę, że człowiek (pod każdą szerokością geograficzną i w każdej kulturze) czeka na objawienie się Boga Stworzyciela, za Nim tęskni i do Niego dąży. To nie Kościół czy chrześcijaństwo są imperialistyczne, to Bóg chce aby wszystkie narody ziemi poznały prawdę o Jego zbawczej Miłości do człowieka, o Jego zbawczej Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu.

Jest niewątpliwie faktem, że niejednokrotnie w historii niektóre instytucje Kościoła popełniały błąd imperializmu, ale tego rodzaju oskarżenie jest nieporozumieniem jeśli spojrzy się na całość historii zbawienia i na jej efekty. Kościół od czasów apostolskich miał tę nieustanną świadomość, że oto „Miłość Chrystusa przynagla nas„. I tej świadomości, temu imperatywowi Miłości nie mógł się oprzeć. Nie dajmy się zwariować, kiedy inni nam zarzucają, że jesteśmy imperialistyczni, bo narzucamy innym nasz styl życia, bo nakazujemy lub zmuszamy do życia według naszych, chrześcijańskich norm i reguł. Przez 15 lat pracowałem na misjach i nic takiego nie zaobserwowałem. Sam również staram się nie narzucać i nie gwałcić niczyich przekonań. Kościół proponuje: „Jeśli chcesz być zbawionym, jeśli chcesz aby życie Twoje nabrało innego, głębszego sensu i wymiaru wieczności, uwierz w Chrystusa. Ostatecznie jednak wybór należy do Ciebie.” Tysiące męczenników w Afryce, Ameryce Południowej i Azji. dziesiątki tysięcy misjonarzy, którzy oddali swoje życie dla głoszenia tej prawdy, a zarazem dla ratowania człowieka są tego najlepszym dowodem. I ci, co sprzedają potajemnie broń krajom trzeciego świata, ci którzy ekonomicznie i gospodarczo je wyzyskują, mogą krzyczeć i na pewno krzyczą najgłośniej o imperializmie Kościoła, aby przykryć swoje czarne i niecne machinacje. A Kościół nie może przestać głosić Chrystusa i to Chrystusa ukrzyżowanego, Który przychodzi jako Dziecię, bezbronny i pozbawiony potęgi, po to, aby człowieka z potęgi zła uwolnić. Zło zaś zawsze będzie najgłośniej protestować przeciwko objawianiu się dobra. I to zło nadal krzyczy oskarżając o imperializm Dobro i przeinacza Prawdę, samo ubierając się w szatki prawdy i wolności.

Chrześcijaninie – nie wstydź się być wyznawcą Chrystusa i ukazuj innym Tego, Który dla zbawienia człowieka stał się człowiekiem. Nawet jeśliby cię oskarżano o wszelkiego rodzaju imperializmy. Nie dajmy się zwariować, zniechęcić i zastraszyć. Nie używajmy siły w nawracaniu, ale też nie bądźmy słabymi i uległymi konformistami. Żyjmy, jak wyznawcy Chrystusa i swoim życiem głośmy ten fakt, że On jest jedynym Zbawicielem człowieka. Niech Jego Imię – Najwyższe Imię będzie znane i sławione, przez wszystkich, którzy w Niego uwierzą, a dla tych, którzy Go odrzucają niech będzie imieniem pełnym potęgi i wywołującym bojaźń.

Tylko ludzie przewrotni mogą oskarżać Chrystusa o imperializm. Ludzie mądrzy i zacni, jak patronowie dnia dzisiejszego uznają w Nim Zbawiciela i prawdziwego Króla, Który podbija świat i ludzkie serca, ale nie przy użyciu broni i siły, lecz Miłością którą człowiekowi objawia. Tylko niemądre i przewrotne systemy polityczne boją się otworzyć drzwi Chrystusowi. Tylko ludzie mali i zaskorupiali w swoim egoizmie nie chcą mu otworzyć drzwi swoich serc.

Samo objawienie się Boga

Uroczystość Objawienia Pańskiego nie tylko przypomina nam historyczne wydarzenie opisane w dzisiejszej Ewangelii według św. Mateusza. Uroczystość ta zwraca naszą uwagę na fakt o wiele bardziej doniosły i niezwykły, a mianowicie na fakt, że Bóg pragnie się objawić swojemu ludowi. To objawianie się Boga wielokrotnie opisywane w Starym Testamencie dokonuje się w sposób ostateczny we Wcielonym Słowie Bożym Jezusie Chrystusie.  Autor Listu do Hebrajczyków ujmuje to bardzo wyraźnie kiedy pisze: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1:1-2). Jest sprawą kardynalnej wagi uznanie doniosłości faktu objawienia się Boga w Synu. Sam Bóg uznał, że najlepszym i najbardziej właściwym sposobem samo-objawienia się człowiekowi będzie objawienie w Jezusie Chrystusie, Wcielonym Synu Bożym. To samo-objawienie się Boga jest bardzo często przedstawiane w Piśmie Świętym jako oświecenie, przyjście światła „na oświecenie”. Symeon mówi w świątyni w czasie ofiarowania: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela.” (Łk 2:29-32). A święty Jan pisze w prologu do swojej Ewangelii: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.” (J 1:1-5). Także sam Chrystus mówi o sobie: „Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności.” (J 12:46)

Można nawet powiedzieć, że fakt ten jest najistotniejszym elementem wiary. Bóg postanowił „oświecić” lud swój, „oświecić” człowieka żyjącego w ciemności grzechu i dlatego objawił się jako Jezus Chrystus – Bóg Wcielony. Jeśli zanegujemy fakt wcielenia, jeśli zanegujemy prawdę, że Jezus Chrystus jest Wcielonym Synem Bożym, samo-objawieniem się Boga, to cała nasza wiara legnie w gruzach, bo musimy wtedy zanegować również i to, że jest On Mesjaszem, Zbawicielem, Odkupicielem, Wyzwolicielem. A wtedy nie ma zbawienia, nie ma życia wiecznego, nie ma Bożego Miłosierdzia, a wszystko jest tylko złudzeniem i nieporozumieniem. Dlatego właśnie chrześcijanie od początku tak bardzo bronili prawdy o samo-objawieniu się Boga przez Wcielenie. I dlatego też do dzisiaj prawda ta jest najbardziej zwalczaną prawdą teologiczną, zwalczaną przez niedowiarków i ateuszy. Szatan próbuje nam ustawicznie wmawiać, że Jezus nie jest Wcielonym Synem Bożym a jedynie niezwykłym (ale tylko) człowiekiem, mądrym guru, nauczycielem, wędrownym kaznodzieją. Jeśli Jezus nie jest ostatecznym Słowem Bożym wypowiedzianym do człowieka, jeśli nie jest Światłością Świata, to wtedy nadal żyjemy w ciemności i ciemności nas ogarniają, nadal żyjemy w ciemności grzechu, bo nie ma Odkupiciela, nie ma Tego, Który nas -przez „oświecenie”- z owej ciemności wyprowadzi.

Jest jednak jeszcze jeden ważny element owej Bożej pedagogiki oświecenia. A mianowicie; aby to oświecenie rzeczywiście się dokonało musi ono zostać rozpoznane i przyjęte przez tych, do których zostało skierowane. Mędrcy ze Wschodu z dzisiejszej Ewangelii szukają światła, szukają nowo-narodzonego Syna Bożego, oni Go rozpoznają i przyjmują, składając Mu hołd. Ale nie wszyscy idą za przykładem mędrców. Jak w dalszej części prologu pisze św. Jan: „Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. (ŚWIATŁO) przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.” (J 1:9-11) I dlatego nadal tak wielu ludzi żyje w ciemności i beznadziei. W rozmowie z Nikodemem Jezus stwierdza również ze smutkiem: „… światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki” (J 3:19). Jest to niestety prawda nadal aktualna dla wielu tych, którzy odrzucili i nadal odrzucają światło, także w naszych czasach. Jest to prawda o tych, którzy bardziej umiłowali ciemność, bo złe są ich uczynki. I dlatego boją się oni Światłą, boją się Wcielonego Syna Bożego i prawdy tej przyjąć nie chcą.

Warto więc w dzisiejszą uroczystość Objawienia Pańskiego zadać sobie to bardzo ważne pytanie:

Czy zgodnie z wyrażeniem św. Pawła „jesteśmy synami światłości i synami dnia„, czy nie jesteśmy raczej „synami nocy i ciemności?” (1 Tes 5:5). Czy światło Jezusa Chrystusa oświeca ciemności mojego życia? Czy je przemienia i rozświetla?

Dopóki bowiem żyję w grzechu, dopóki odrzucam prawdę o wcieleniu Syna Bożego, dopóki nie poddam się oświecającemu i oczyszczającemu działaniu światła, nie żyję w światłości i nadal ogarnia mnie ciemność.

Papież Benedykt XVI skrytykował „chłodne akademickie podejście” do Pisma Świętego, które prowadzi do „wiwisekcji tajemnicy” przy „ignorowaniu wymiaru nadprzyrodzonego”. „Tacy byli uczeni, których napotkali Mędrcy ze wschodu podążający do Betlejem: wiedzieli, gdzie narodziło się Dziecię, ale wiadomość ta nie dotknęła ich życia. Mogli udzielić informacji, ale nie przyczyniła się ona do formacji ich własnego życia” – zauważył Benedykt XVI.

Żyć znaczy być w drodze

Aby spotkać Chrystusa, aby Go odnaleźć trzeba się udać w drogę, na poszukiwanie. Aby spotkać Chrystusa trzeba zdecydować się na opuszczenie znanych nam i przyjaznych kątów, trzeba opuścić utarte ścieżki naszego wygodnego i a bardzo często także przecież grzesznego życia i ruszyć w drogę, przez pustynię. Warto zauważyć, że Izraelitom Bóg objawił się dopiero na pustyni, kiedy opuścili Egipt i zdecydowali się wyruszyć w drogę właśnie przez pustynię. Warto zauważyć, że wielcy prorocy Starego Testamentu spotykali Boga także na pustyni (Ezechiel, Izajasz, Eliasz). Warto zauważyć, że i święty Jan Chrzciciel także był mężem pustyni. Mędrcy z dzisiejszej Ewangelii dotarli do Betlejem również dopiero po przebyciu dalekiej i trudnej drogi przez pustynię. Jest w tym na pewno jakaś prawidłowość, jakiś głębszy sens. Bóg objawia się właśnie na pustyni, tam gdzie nikt i nic nam nie przeszkadza, tam gdzie nie ma rozproszeń i „rozrywek”, tam gdzie jestem sam na sam z nieskończonością. Pustynia, szczególnie w nocy jest miejscem w którym mogę liczyć tylko na jedno światło, w którym mogę dostrzec z całą wyrazistością tylko jeden cel i jedno przeznaczenie. A „ciemność która okrywa ziemię i gęsty mrok który spowija ludy” może być rozświetlony tylko przez jedną gwiazdę, gwiazdę prawdy wiecznej, gwiazdę wiary.

To nie może jednak być tylko chwilowa fascynacja, czy przemijające, emocjonalne zauroczenie. Taka podróż przez pustynię w poszukiwaniu Chrystusa praktycznie nigdy się w naszym życiu nie kończy. Nigdy nie możemy powiedzieć już dotarłem, już Go mam, już Go znalazłem. Bóg tak naprawdę nigdy nie może skończyć się objawiać, bo jest Nieskończonością i tylko w nieskończoności będziemy mogli GO poznać. On nam się stale objawia (o ile jesteśmy do tego usposobieni i o ile wyszliśmy na pustynię) i stale będzie to objawienie kontynuował o ile my z poszukiwania nie zrezygnujemy.

Co jest największą bolączką naszych czasów? Czyż nie jest nią właśnie przejściowy, chwilowy zachwyt, niestałość, brak cierpliwości, brak wytrwałości? Dlaczego rozpadają się małżeństwa, dlaczego tak wielu ludzi rezygnuje z drogi powołania zakonnego czy kapłańskiego? Dlaczego tak wiele spraw tylko zaczynamy i nie doprowadzamy do końca, dlaczego tak często się zniechęcamy? Czy nie dlatego, że przeraża nas pustynia i to co tam moglibyśmy odkryć? Czy nie dlatego, że „gwiazda znika nam z horyzontu”?

Niesiemy ze sobą jakieś dary, ale szybko się zniechęcamy, nie widzimy celu naszej wędrówki, nie dochodzimy do tego celu, bo ścieżki nam się gmatwają, bo zgubiliśmy przewodnią gwiazdę, bo zagubiliśmy sens naszej wędrówki, bo zagłuszyły nas i zalały kłopoty dnia codziennego, bo przestraszyliśmy się niewygód i trudów podróży. Dlatego próbujemy urządzić sobie wygodne i komfortowe życie, a wtedy droga przez pustynię, a co za tym idzie i cel tej drogi znikają, a pozostaje już tylko doczesna walka o byt i o przetrwanie.

A życie nasze to przecież tylko podróż, to tylko droga przez pustynię w poszukiwaniu domu chleba – Bethlehem, w którym sam Jezus jest i stołem, i Chlebem, i światłem, i życiem nieskończonym.

Żyć to znaczy być nieustannie w drodze, to znaczy nieustannie poszukiwać gwiazdy, która prowadzi nas przez pustynię do domu Ojca, Który tam właśnie, na pustyni się objawia.

___________________________________________________________

JANUARY 6 – EPIPHANY OF THE LORD

1.       Self-revelation of God

Feast of the Epiphany not only reminds us of the historical event described in today’s Gospel according to St. Matthew. This ceremony draws our attention to the fact much more significant and unusual, namely the fact that God wants to reveal himself to his people. This revelation of God repeatedly described in the Old Testament is final and ultimate in the Incarnate Word of God, Jesus Christ. The author of the Letter to the Hebrews puts it very clearly when he writes: „In many and various ways God spoke of old to our fathers by the prophets, but in these last days He has  spoken unto us by his Son” (Hebrews 1:1-2). It is a matter of cardinal importance the recognition of the importance of the fact of God’s revelation in the Son. God Himself decided that the best and most appropriate way of self-revelation to man is a revelation in Jesus Christ, the incarnate Son of God.

This self-revelation of God is very often presented in Scripture as the Enlightenment, the coming of light „for enlightenment.” Simeon says in the temple at the time of sacrifice: „Now, Master, you may let your servant depart in peace, according to your word, because my eyes have seen your salvation which you have prepared before the face of all peoples, a light for revelation to the Gentiles and for glory to your people Israel.” (Luke 2:29-32). And St. John writes in the prologue to his Gospel: „In the beginning was the Word, and the Word was with God, and the Word was God. He was in the beginning with God. All were made through Him, and without Him nothing was made that was made. In Him was life and the life was the light of men, and the light shines in the darkness, and the darkness has not overcome it.” (John 1:1-5). Also, Christ himself says of himself: „I came into the world as light, so that everyone who believes in me may not remain in darkness.” (John 12:46)

You could even say that this is the most important element of faith. God decided to „enlighten” his people, „enlighten” a man living in the darkness of sin and therefore revealed himself as Jesus Christ – God incarnate. If you negate the fact of the incarnation, if you negate the truth that Jesus Christ is the Incarnate Son of God, the self-revelation of God, then all our faith is shattered, because we then deny also that He is the Messiah, the Savior, Redeemer, Liberator. And then there is no salvation, no eternal life, there is no Divine Mercy, and everything is an illusion and misunderstanding.

That is why Christians from the beginning so much defended the truth of the self-revelation of God through the Incarnation. And this is why today this truth is most strongly eradicated by unbelievers and atheists. Satan is constantly trying to convince us that Jesus is NOT the incarnate Son of God and He is only unusual (but only) man, a wise guru, a teacher, an itinerant preacher. If Jesus is not the final word of God spoken to man, if He is not the Light of the World, then we still live in the darkness, and the darkness engulfed us, we still live in the darkness of sin, because there is no Redeemer, no one who by „enlightenment” moves us out of darkness.

But there is one more important element of this divine pedagogy of enlightenment. Namely, that  actually to be enlightened one must recognize and accept the One by Whom the enlightenment  is performed. Magi from the East in today’s Gospel are looking for light, looking for the newly-born Son of God, they recognize and welcome Him, offering Him homage. But not all follow the wise example. As in the second part of the prologue St. Jan writes: „The true light that enlightens every man was coming into the world. He was in the world, and the world was made through Him, yet the world knew him not. (LIGHT) came to his own, but his own did not receive Him.” (John 1:9-11) And that’s why so many people continue to live in darkness and hopelessness.

In an interview with Nicodemus, Jesus also says sadly, „… the light has come into the world, and men loved darkness rather than light, because their deeds were evil” (John 3:19). It is unfortunately still true for many of those who have rejected and continue to reject the light, even in our times. This is true of those who loved darkness because their deeds are evil. And because they are afraid of light, afraid of the Incarnate Son of God and the truth that they do not want to accept. So on today’s Solemnity of the Epiphany ask yourself this very important question: Can I say that according to the expression of St.. Paul „We are all sons of light and sons of the day”, are not rather that we are the sons „of the night and darkness?” (1 Thessalonians 5:5). Is the light of Jesus Christ illuminating the darkness of my life? Is it transforming and illuminating? For as long as I live in sin, I reject the truth of the Incarnation of the Son of God, until I  give up myself to the sanctifying and purifying action of light, I do not live in light and darkness still envelops me.

Pope Benedict XVI criticized the „cool academic approach” of the Scripture, which leads to the „vivisection secrecy” with „ignoring the dimension of the supernatural”. „These were taught, off those whom found the Magi coming from the East to Bethlehem, the Pharisees. They knew where the child was born, but the message has not touched their lives. They could provide information, but it has not contributed to the formation of their own lives, „

_______________________________________________

2.     Glorify the Lord, all the nations of the earth

It seems that they are right, those who speak of imperialism if the Church or Christian imperialism. Church proclaiming Christ to all continents for centuries is certainly causing some mixed and confusing reactions. Some people have also similar feelings after the publication of dogmatic document „Dominus Jesus”, which generated so much discussion among theologians and the peoples of Asia as well as among the liberals and dissidents. But is it true that the Church is imperialistic; or rather it is only some kind of „allergy” or aversion of God?

Leaving aside these kind of academic and theological disputes maybe it will be better to look at today’s Gospel scene. We see the pagan nations, in the persons of the three wise men (the Magi) coming to not at all an imperialist Christ, to a Child and recognizing in Him the King, Whom they want to worship. Today’s Solemnity of the Epiphany shows us the immense truth that man (on each latitude and in every culture) is waiting for the manifestation of God, the Creator. It shows that humanity yearns for Him, and is looking for Him eagerly. It is not the Church or Christianity that is imperialistic; God wants that all nations on the earth may know the truth of His saving Love for man, the truth of His saving Passion, Death and Resurrection.

It is undoubtedly true that often in the history of the Church some institutions have committed an error of imperialism. It is true that some people of the institutional church have had an imperialistic attitude. But this kind of generalized accusation is a misunderstanding if you look at the whole history of salvation and its effects. Church since apostolic times was always aware that it is „The love of Christ impels us”. And this awareness, this imperative of God’s Love nobody who knows Jesus could resist. Let’s not get mad when others accuse us that we are imperialist, because we „impose our way of life”, because we command or are forcing to live according to our own, Christian norms and rules. Working in the missions for more than fifteen years I didn’t notice anything like that. I also try not to impose anything and do not violate anyone’s beliefs. Church rather proposes: „If you want to be saved, if you want your life took on a different and deeper meaning and dimensions of eternity, believe in Christ. Ultimately, however, the choice is absolutely yours. „Thousands of martyrs in Africa, South America and Asia, teen of thousands of missionaries who gave their lives in proclaiming the truth to save the man from his misery are the best proof of this. And those who secretly sell weapons to the Third World countries, those who exploit them economically, who steal natural resources, they can scream and shout loud -for sure- about the imperialism of the Church to cover their own evil and dark machinations. And the Church cannot cease to preach Christ, Jesus Christ crucified. He came as a child, helpless and without power, so to release the man from the powers of evil. And so, evil will always be the loudest in protesting against the revelation of the goodness. And that evil still screams accusing of imperialism the Church of Christ and distorting the truth, just by dressing up itself in the garments of truth and freedom.

Christians – do not be ashamed to be the followers of Christ and showing others the One Who for the salvation of humanity became Man. Even if we are accused of all sorts of imperialism, let us not be ashamed to be the disciples of Christ. Let’s not get crazy, discouraged and intimidated. Let’s not use force in converting, but let us not be weak and submissive conformists, let us not compromise the Gospel for the sake of political correctness or luxury. Let us live as followers of Christ and in our life let us proclaim the fact that He is the only Savior of man. May His Name – the most Holy name of Jesus- will be known and praised by all who believe in Him, and for those who reject Him, let it be the Name full power and causing fear in their hearts.

Only wicked people may accuse Christ of imperialism. Wise and honorable people -as Patrons’ Saints of today- always recognize in Him, in Jesus Christ the Savior and the true King, Who conquers the world and the human heart, but not with weapons and power, but Love which He is revealing to humanity. Only the foolish and perverse political systems are afraid to open the doors for Christ. Only the little people, persevering in their selfishness do not want open the doors of their hearts for Him.

_________________________________________

3.     To live means to be on the way

In order to meet Christ, to find Him you have to go on the road, on a quest. To meet Christ you must decide to leave the known and friendly situation, you have to leave the beaten path and tracts of your comfortable, convenient -and very often- sinful life and hit the road, through the desert. It is worth noting that God revealed Himself to the Israelites in the wilderness after they left Egypt and decided to hit the road just across the desert. It is worth noting that the great prophets of the Old Testament, also met God in the desert (Ezekiel, Isaiah, Elijah). It is worth noting that St. John the Baptist, was also acquainted with the desert. The Magi in today’s Gospel also reached Bethlehem after traveling far and difficult journey through the desert.

There’s definitely some regularity, some deeper meaning. God reveals itself in the desert, where no one and nothing -we do- mind and disturb, where there are no distractions and the „entertainments”, where I am alone with the infinite. Desert, especially at night, is a place where I can count on one light in which I can see with great clarity only one aim and one destiny. A „darkness that covers the earth and thick darkness that envelops the peoples” may be lit only by a single star, the star of eternal truth, the star of faith. It cannot, however, be only a momentary fascination, or transient, emotional infatuation. Such a journey through the desert in quest of Christ practically never in our lives did end there. We can never tell that we already arrived. I cannot say: „I have him, I found him”. God never really could end His revelation, because He is the Infinite, and only at infinity will I be able to know HIM.

He continually reveals Himself to us (unless we are disposed to this and as far as we left to go to the desert) and constantly the revelation will be continued as long as we do not give up in searching. What is the biggest problem of our time? Is not it just temporary, momentary rapture, instability, lack of patience, lack of perseverance? Why break up a marriage, why so many people give up out of the way of religious vocation or the priesthood? Why are so many things we start and do not bring to an end, why are we so often discouraged? Is not it because the desert and what we discover there’s scares us? Is not that why the „star disappears from the horizon to us?”

We bring together some gifts, but quickly discouraged, we do not see the purpose of our journey, do not come to this purpose, because we messed up the path, because we lost the guiding star, we have lost the sense of our journey, because we choked and flooded by the troubles of everyday life, because we are scared of the inconveniences and hardships of the journey. That is why we are trying to arrange for us a convenient and comfortable life. And then the road through the desert, and thus the purpose of the road disappear, and the only thing left is temporal struggle for existence and survival. So, our life is only a trip, it’s just the way across the desert in search of the house of bread – Bethlehem, where Jesus is, and the table, and the bread, and light, and infinite life. To live means to be constantly on the way. It means to continually seek the star that leads us through the desert to the house of the Father, Who is revealed there, in the desert.