01.01. Świętej Bożej Rodzicielki Maryi – Nowy Rok

theotokosLb 6,22-27,    Ga 4,4-7,

Łk 2,16-21

Udali się też z pośpiechem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki.

Gdy nadeszła pełnia czasu …

Bóg posłał swojego Syna zrodzonego z niewiasty … aby wykupił tych, którzy podlegali prawu„. Tak więc u początku historii Zbawienia leży Boża wola ratowania człowieka, ale też u początku tej historii jest Niewiasta, Matka, Maryja.

Rozpoczynający się Nowy Rok, jest okazją do układania planów, do snucia projektów, do robienia postanowień. Uroczystość dzisiejsza kieruje jednak naszą uwagę w stronę Macierzyństwa, bo u początku każdego życia zawsze stoi Matka. Dlatego też pewno nie bez racji Kościół ustanowił właśnie 1 stycznia świętem Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny. Dlatego też święty Jan Paweł II – Papież nie bez racji polecał nowe tysiąclecie chrześcijaństwa właśnie Maryi, Matce Boga-Człowieka, a zarazem Królowej Pokoju. Ósmego grudnia 2000 roku, tak się modlił na Placu Hiszpańskim w Rzymie: „Maryjo Niepokalana, podnosimy do Ciebie nasze oczy i prosimy, wspomagaj nas w naszej walce ze złem i naszym opowiadaniu się po stronie dobra. Zachowaj nas w Twojej macierzyńskiej opiece Dziewico Piękna i Święta! Wspomagaj we wstępowaniu w nowe tysiąclecie przyodzianych w tę pokorę, która uczyniła z Ciebie wybraną w oczach Najwyższego. Niech owoce tego Roku Jubileuszowego nie ulegną zniszczeniu.

Zakończony kolejny, szesnasty już rok nowego tysiąclecia nie może pozostać tylko wspomnieniem. Rozpoczynający się Nowy Rok, nie może być tylko okazją do fetowania i świętowania w czasie sylwestrowej nocy. Jest to niewątpliwie okazja do rozpoczęcia na nowo, pod opieką Tej, Którą sam Bóg wybrał, aby stała u początku, aby była Matką. Skorzystajmy z Jej wstawiennictwa, z Jej macierzyńskiej opieki, z Jej wsparcia i pomocy u początku każdego Nowego Roku. Matki nie należy się obawiać. Dobrze, że jest na początku, dobrze że pierwszy dzień Nowego Roku Jej jest poświęcony.

Życzę wszystkim, aby odczuli w swoim życiu Jej macierzyńską opiekę. Modlę się za Was i Was o modlitwę za Jej wstawiennictwem w mojej intencji proszę.

Szczęśliwego Nowego Roku – pod opieką Maryi Matki.

Reklamy

Piątek – 30. XII. – Szósty dzień w oktawie Narodzenie Pańskiego – Święto Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa

Syr 3,2-6.12-14,    Kol 3,12-21,

Mt 2:13-15.19-23

Gdy oni odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia . On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w strony Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem.

Czcij ojca swego i matkę swoją

holy-familyStaroświecko i prawie nierealnie brzmią słowa czwartego przykazania i słowa dzisiejszych czytań mszalnych. „Żony bądźcie poddane mężom. Mężowie miłujcie swoje żony. Dzieci bądźcie posłuszne swoim rodzicom … rodzice niech nie zaniedbują swoich dzieci.” Jak wygląda dzisiaj sytuacja rodziców i dzieci w wielu rodzinach? Czy to dzieci czczą i szanują rodziców, czy jest raczej odwrotnie? A jak układają się relacje małżeńskie, między mężem i żoną? Czy jest tam wzajemny szacunek, zrozumienie, miłość, pokora?

Jechałem kiedyś zatłoczonym autobusem. Większość pasażerów stała. Ja też, a obok mnie starsze kobiety i mężczyźni. Na siedzeniu obok jechała matka z kilkuletnim malcem, który oczywiście zajmował jedno miejsce. Nikt nie ośmielił się poprosić tej matki o wzięcie dzieciaka na kolana i zwolnienie miejsca dla kogoś starszego. Jakby jednak tego było mało, dziecko dla zabawy i ze złośliwą przyjemnością kopało siedzącą naprzeciwko kobietę. Kiedy ta w końcu zwróciła uwagę matce dziecka, matka odpowiedziała z wyraźną złością w głosie: „Ja wychowuję swoje dziecko bezstresowo i nie będę go karcić publicznie! A jak pani się nie podoba, to może się pani przesiąść gdzie indziej.” Takie i tym podobne przykłady można by mnożyć w nieskończoność.

Rozpieszczane, rozkapryszone dzieciaki, nieznośne, zadufane w sobie i zarozumiałe brzdące, niegrzeczna, wulgarna i ordynarna młodzież … A skąd się to wszystko bierze? Chyba z księżyca spada? Bezstresowe, nowoczesne wychowanie dzieci. Bezkonfliktowe, wolne, i nowoczesne małżeństwa, w których nie brakuje niczego poza wzajemnym szacunkiem i miłością. Miał rację wieszcz kiedy mówił: „Taka Rzeczypospolitej przyszłość, jakie młodzieży chowanie.” Miał rację Prymas Tysiąclecia, kiedy podkreślał i napominał: „Przyszłość Kościoła i przyszłość Polski w rodzinach się kształtuje. Kto rządzi rodziną, ten rządzi krajem.” A kto rządzi rodziną dzisiaj? Biznes, pieniądze, pogoń za dobrobytem, za przyjemnością … za luksusem. I jakie są tego efekty? Samobójstwa, ucieczki z domu, degeneracja, frustracje, dzieci, które mając rodziców zabieganych, nie mają nikogo … kto je kocha … Dzieci, które są psychicznymi i życiowymi kalekami, rozpieszczone i niekochane, mające wszystko i nie mające nikogo. Żony opuszczone i samotne, mężowie przemęczeni i rozdrażnieni zdają się mówić o swoich dzieciach: „Czego one jeszcze ode mnie chcą, przecież mają wszystko?” Czy wszystko? Czy na pewno wszystko?

I na to wszystko odpowiedź Świętej Rodziny. Warto zadumać się na chwilę nad tym przykładem i porównać nasze rodziny z Rodziną Jezusa, Maryi i Józefa. Warto zrobić rodzinny rachunek sumienia. Może dzisiejsze niedzielno-świąteczne popołudnie będzie do tego dobrą okazją? Może mniej będzie rozwodów, nieszczęść i problemów w rodzinach jeśli wzorcem dla rodzinnego życia nie będą głupiutkie amerykańskie filmiki, którymi bezmyślnie zalewa nas telewizja, ale właśnie Święta Rodzina?

A czy nasza rodzina nie mogłaby czegoś zaczerpnąć z wzoru Świętej Rodziny z Nazaretu?

27.12. Św. Jana Ewangelisty

1J 1,1-4,    J 20,2-8

Maria Magdalena pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.

jezus-moim-zyciem

Życie się objawiło i myśmy je widzieli

Niezwykle wzruszające i poruszające są słowa Jana z pierwszego listu: „Życie się objawiło, myśmy je widzieli i o nim świadczymy, … abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami.” My tak bardzo poszukujemy sposobu na życie, na zachowanie życia, na długowieczność. Szukamy różnych eliksirów i wydajemy krocie na lekarzy, terapeutów i różnego rodzaju magików i czarodziejów, którzy obiecują nam złote góry, a spełnić tych obietnic nie mogą, bo nie są w stanie. Czemu nie chcemy uwierzyć, Temu, Który jest Życiem samym w sobie, Który daje życie i to życie wieczne? Czemu od Życia uciekamy i uganiamy się za ułudą i mirażami?

W Morogoro, gdzie uczyłem, znałem kiedyś księdza, Hindusa z pochodzenia i profesora teologii dogmatycznej, O. Cezariusza. Kiedyś przy stole, w czasie posiłku opowiadał bardzo pouczającą historyjkę. Pozwolę sobie ją przytoczyć.

Żył w Indiach pewien bogaty i dobrze sytuowany radża. Jego życie było jedną, nieustającą zabawą, rozkoszą i zarazem drwiną z innych. Miał on na swoim dworze różnych służących, a między innymi i trefnisia, który go zabawiał i którym on sam się bawił, ośmieszając go i poniżając wielokrotnie. Raz w czasie przyjęcia dał owemu, biednemu człowiekowi berło ze słowami: „To jest berło głupoty, ty jesteś najgłupszy wśród nas, tobie więc je przekazuję. Będziesz się mógł go pozbyć, tylko pod warunkiem, że znajdziesz kogoś głupszego od siebie i jemu możesz to berło przekazać”. Po wielu latach dostatniego życia radża śmiertelnie zachorował i znajdując się już u progu śmierci wezwał do siebie wszystkich służących i całą swoja rodzinę, prosząc aby mu pomogli przygotować się na śmierć i przejście do innego życia Wtedy ów, ośmieszany służący pyta ze zdziwieniem: „Jakże to, przez całe swoje życie, dysponując ogromnym majątkiem i mając takie możliwości nie przygotowałeś się na śmierć?” Radża ze skruchą i bólem odpowiada: „To prawda, że zaniedbałem tę najważniejszą sprawę, uganiałem się za nieśmiertelnością i długowiecznością, za dostatkiem i dobrobytem, a zapomniałem o najważniejszym.” Wtedy sługa wręczając swojemu panu berło głupoty mówi: „Oto berło, które mi dałeś przed laty. Mogę się go spokojnie i uczciwie pozbyć, bo oto znalazłem kogoś znacznie głupszego ode mnie!”

Czy uganiając się za ułudą i mirażami nie zapominamy o tym, że Życie nam się objawiło, tylko myśmy Go nie rozpoznali …? A kto przy końcu życia ze zdumieniem i przerażaniem będzie musiał przyjąć berło głupoty…?

24.12. – Wigilia Bożego Narodzenia

Msza rano

2Sm 7,1-5.8b-12.14a.16,      Łk 1, 67-79

Wtedy ojciec jego, Zachariasz, został napełniony Duchem Świętym i prorokował, mówiąc:
Niech będzie uwielbiony Pan, Bóg Izraela, że nawiedził lud swój i wyzwolił go,
i moc zbawczą nam wzbudził w domu sługi swego, Dawida:
jak zapowiedział to z dawien dawna przez usta swych świętych proroków,
że nas wybawi od nieprzyjaciół i z ręki wszystkich, którzy nas nienawidzą;
że miłosierdzie okaże ojcom naszym i wspomni na swoje święte Przymierze –
na przysięgę, którą złożył ojcu naszemu, Abrahamowi, że nam użyczy tego,
iż z mocy nieprzyjaciół wyrwani bez lęku służyć Mu będziemy
w pobożności i sprawiedliwości przed Nim po wszystkie dni nasze.
A i ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz,
bo pójdziesz przed Panem torując Mu drogi;
Jego ludowi dasz poznać zbawienie [co się dokona]
przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego.
Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi,
by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają,
aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju.

noeli-2

Wigilia sprzed 24 lat …                                   Tshabula, 24.12.92

Drodzy Moi, Dzisiaj naszło mnie na pisanie, bo to przecież Wigilia Bożego Narodzenia i normalnym jest, że myślami wraca się do Polski, do zwyczajów i tradycji wigilijnych i świątecznych. A tutaj, cóż? Nic z tego. Nie będzie wieczerzy wigilijnej, bo tutaj nieznana i nawet moi belgijscy współbracia nie wiedzą, o co chodzi, kiedy ich o to pytam. Nie będzie więc łamania się opłatkiem, ani życzeń, ani zupy rybnej, ani karpia w galarecie, ani kapusty z grzybami, ani makówek. Nie będzie nawet choinki, ani kolęd, ani prezentów pod choinką też nie będzie. Pytałem o pasterkę, ale powiedziano mi, że ze względu na niepewną sytuację polityczną i ogólny niepokój ludzie boją się wychodzić po nocy z domów, więc pasterkę zrobi się około 21 i to wszystko.

Byłem dzisiaj w kościele w Manice i widziałem szopkę. Skromniutka i bardzo „nie nasza”, bo wszystkie figurki: Dzieciątka i Maryi, i św. Józefa, i pastuszków tutejsze, tzn. afrykańskie. Wprawdzie to normalne i to jest właśnie to, co nazywa się inkulturacją chrześcijaństwa, ale jednak dziwnie się ogląda „małego murzynka w żłóbku…”, a poza tym nie ma w niej polskiego sianka i gwiazdy, ani nawet waty imitującej śnieg. Zresztą tego symbolu miejscowi i tak by nie zrozumieli, bo po prostu nigdy śniegu nie widzieli i nie wiedzą co to takiego, a w ogóle to dlaczego niby ma być śnieg przy narodzeniu Jezusa? Czy tak było 2 tysiące lat temu, w Betlejem? To przecież tylko nasza lokalna, polska tradycja.

Chociaż z drugiej strony, to taka pozytywna refleksja przyszła mi do głowy przy tej afrykańskiej szopce: tak różne kultury i tak różne tradycje, a jednak coś je łączy… wiara w tego samego Boga i Zbawiciela, w Jego Narodzenie… On się przecież narodził również dla tych ludzi, a może szczególnie dla nich: biednych i umęczonych, głodnych i obdartych, wystraszonych i zmaltretowanych przez polityczne rozgrywki. Dla nich te święta, to przecież też Boże Narodzenie, mimo że nazywają je po swojemu Noeli lub Musumbu Uwamp. Pewno to Boże Narodzenie bardziej pasuje tutaj i chyba tutaj bardziej jest na miejscu ta bieda rodzącego się w stajni i ubóstwie Boga niż w opływającej we wszystko Europie. Dla ilu naszych chrześcijan Boże Narodzenie to tylko tradycja i związane z tym (piękne, ale jakże często już puste) zwyczaje i święta, a więc czas wolny, czasem obżarstwo, a nawet pijaństwo, ale nie Boże Narodzenie…? Sklepy przelewające się wszelkim dobrem, wystawne przyjęcia, po których chorzy z przejedzenia odwożeni są do szpitala na płukanie żołądka. A w Niemczech i w Belgii miałem nawet okazję widzieć specjalne sklepy z mikołajowymi i świątecznymi prezentami dla piesków i kotków… opakowanymi w stosowny papier.

Jechałem wczoraj w południe z ks. Krzysztofem z Tshabuli i tak rozmawialiśmy po drodze. W pewnym momencie powiedział niby ze śmiechem (ale jednak można było wyczuć w jego głosie nutkę nostalgii): „Jak tu jestem pięć lat, to nie miałem nigdy wigilii”. Zapytałem go: „Ale opłatkiem to się chyba połamiemy?”, na co odpowiedział: „Tak, tylko żeby inni nie widzieli, bo by się zgorszyli, że łamiemy się hostią” (nie mamy opłatka, więc użyjemy nie konsekrowanej hostii). Opłatek, to również nasz polski zwyczaj. Niewątpliwie piękny, ale ile w tych składanych przy tej okazji życzeniach jest szczerości, ile prawdy i życzliwości, a ile tylko pustego zwyczaju…?

Takie to myśli, smutne i krytyczne przychodzą mi dzisiaj do głowy. Smutnawe, bo daleko od domu, od swoich, od Matki, która będzie znowu te święta spędzać samotnie i na pewno popłacze sobie przy wigilijnym stole. Smutnawe, bo dla mnie to pierwsze Boże Narodzenie tak daleko od Polski, od domu, na Czarnym Lądzie. A krytyczne, bo z daleka, z perspektywy Afryki i jej nędzy jednak ostrzej się widzi. A stąd tym bardziej ostro, skoro kontrast nawet między zubożałą Polską, a naprawdę biednym Zairem jest straszliwy. Codziennie widzę dzieci pukające do drzwi naszej parafii w Manice i proszące o coś do jedzenia, wygłodniałe, brudne i wychudzone. Ks. Krzysztof mówi wtedy: „Mały Jezusek przyszedł prosić o chleb, trzeba mu coś dać, nie wolno odprawić go z niczym”. Oczywiście kończy się to tym, że za chwilę takich małych Jezusków pod drzwiami jest cała gromada i wszystkie wyciągają ręce po kawałek bułki, czy garść bukari. Co robić w takich sytuacjach, kiedy wiadomo, że i tak dla wszystkich nie wystarczy…? Któremu z tych umorusanych, brudnych i głodnych dzieci powiedzieć: nie ma więcej, brakło mi chleba, ty już nie dostaniesz…?

Ile chleba w naszych polskich domach wyrzuca się do śmietnika, ile bułek obłożonych szynką poniewiera się w śmietnikach naszych polskich szkół, bo dziecko nie zjadło drugiego śniadania przygotowanego przez mamę, bo nie miało apetytu…? Ile naszych polskich dzieci będzie grymasić przy wigilijnym czy świątecznym stole, albo wybrzydzać na prezenty pod choinką? A tutaj dzieci robią sobie modele samochodów z powyginanego drutu miedzianego, czy z pogiętych puszek po konserwach znajdowanych na śmietnikach i cieszą się taką własnoręcznie zrobioną zabawką jak największym skarbem, nie mając nawet pojęcia o tym, co to są prezenty, czy choinka, gwiazdka, czy Mikołaj. Oczywiście to nie wina naszych polskich dzieci, że tutaj jest taka bieda (bo to wina raczej światowej polityki, a w dużej mierze i polityków miejscowych), ale kiedy się jest tutaj i kiedy widzi się to wszystko z bliska, a jeszcze bardziej kiedy się nie umie tej biedzie zaradzić, to chciałoby się powyciągać wszystkie bułki z koszów i wszystek chleb ze śmietników i przywieźć to tutaj. Z drugiej jednak strony konsumpcyjny styl życia Europy, w tym także Polski przyczynia się do pogłębienia tych przepaści i biedy krajów niedorozwiniętych.

Inna myśl, która mi przyszła do głowy przy tej afrykańskiej szopce to refleksja, że przecież rodzi się Bóg, Książe Pokoju. W wielu afrykańskich krajach umęczonych wewnętrznymi konfliktami zbrojnymi, przewrotami, masakrami, wojnami ten Bóg – Książe Pokoju byłby najbardziej potrzebnym Władcą.  A cóż chrześcijańska Europa im proponuje? Ciekawe, że chyba w żadnym kraju afrykańskim nie jest produkowana na skalę masową broń, a wszystkie jej mają pod dostatkiem. Skąd ta broń pochodzi? Kraje trzeciego świata zadłużają się coraz bardziej eksploatując i sprzedając za pół darmo swoje bogactwa naturalne i nie mogąc spłacić raz zaciągniętych pożyczek, które poszły nie na poprawę warunków życia ludzi tylko na zakup właśnie broni i bogacenie się lokalnych kacyków. A lud, ten prosty lud żyjący w buszu i z dala od wielkiej polityki głoduje i klepie biedę. Och… można by prawie bez końca snuć takie myśli i rozważania. Ciekawe, że są one tak ostre i wyraziste dopiero kiedy się tu przyjedzie i zobaczy z bliska, co to znaczy kraje, jak się je eufemiczne nazywa „rozwijające się”, chociaż należałoby wprost powiedzieć – niedorozwinięte gospodarczo.

Kilka dni temu ks. Laurenty Janssen (ekonom naszego domu wychowawczego w Tshabuli i proboszcz parafii w Musonoie) poprosił mnie o pomoc w spowiadaniu młodzieży w swojej parafii. Wrażenia: ubogi kościół, przerobiony z fabrycznego magazynu, ale dużo młodzieży (około 100-120 osób). Bardzo ładnie przygotowane i prowadzone nabożeństwo pokutne. Czego można im pozazdrościć to tego, że umieją, potrafią i chcą śpiewać. A później spowiedź, niektórzy po francusku, cześć po swahili. Żyją skromnie a nawet ubogo, borykają się ze swoimi grzechami, ale co mnie zaskoczyło, a nawet wzruszyło to fakt, że oni wszyscy naprawdę chcą być lepsi. Gdybyż tylko mogli mieć ku temu warunki, żeby się uczyć, żeby nie musieć kraść z głodu… żeby nikt nie szczuł jednego plemienia przeciwko drugiemu…? Oni są tacy bezbronni wobec propagandy i demagogii, tacy łatwowierni i naiwni…

A do tego jeszcze czary, zabobony, przesądy, rzeczy od których włosy się jeżą na głowie. Dzisiaj rano ks. Krzysztof przychodzi na śniadanie z problemem, któremu nie wie jak zaradzić. Opowiada historię o dziesięcio-, może jedenastoletniej dziewczynce przygotowującej się do I Komunii św., którą rzekomo własna babka chce uczynić czarownicą, dając jej do jedzenia ludzkie ciało i domagając się, żeby dziecko zabiło swoich rodziców i dwoje z rodzeństwa. Rodzice są przerażeni, bo wierzą, że to co dziecko opowiada jest prawdą i są przekonani, że wszystkie kłopoty i nieszczęścia w rodzinie: bezrobocie ojca, głód i choroby, spowodowane są właśnie urokiem rzuconym przez babkę. Nikt się tutaj z tego nie śmieje i wszyscy traktują sprawę raczej poważnie, bo to jest właśnie Afryka z jej tradycjami i zabobonami, które do dzisiaj zakorzenione są głęboko w mentalności ludzi. Właśnie ks. Krzysztof pojechał z tym dzieckiem do miejscowego księdza – l’abbé Paul, który prowadził kiedyś studia nad tym problemem w szczepach zairskich i jest uznawany za specjalistę od zabobonów miejscowych i czarów, a także ma chyba prawo do przeprowadzania egzorcyzmów.

Co robić w takiej sytuacji, kiedy rzeczywiście rzeczy i historie opowiadane przez dziecko są niesamowite? To jest właśnie Afryka z bliższa i z całkiem bliska… Trochę mniej kolorowa niż na podróżniczych filmach i na pewno mniej powierzchownie piękna, ale jednak piękna i fascynująca.

No cóż, nie będzie więc wigilijnej wieczerzy. W pierwszy dzień świąt spotkamy się wszyscy (salwatorianie z okolic Kolwezi) wieczorem w naszym domu formacyjnym w Tshabuli. Nasi klerycy przygotowują jakieś rozrywki na ten wspólny wieczorek. Po raz drugi spotkamy się w Sylwestra, na pożegnanie starego roku, a po Nowym Roku rozpocznie się normalne życie, tzn. dla naszych kleryków i dla mnie wykłady w seminarium, a dla miejscowych ludzi… czy oni chociaż zauważą, że zmieniła się cyfra w kalendarzu? W tym tutejszym zamieszaniu i niepokoju… jakież ma znaczenie zmiana roku, skoro nie przynosi on niczego dobrego mimo, że i tutaj składa się życzenia Mwaka Mpya wa heri.

„Podnieś rączkę, Boże Dziecię, błogosław ojczyznę miłą, również tę tutejszą, zairską i udziel pokoju, pokoju i sprawiedliwości… ale nie zapomnij też o chlebie, a może raczej o bukari…”

Bóg wzbudził moc zbawczą

Kończy się Adwent. Już dzisiaj wieczorem zasiądziemy do wigilijnej kolacji, będzie podniośle i uroczyście, chociaż na pewno w wielu domach smutno i skromnie, żeby nie powiedzieć ubogo. I po kolacji być może stać nas jeszcze będzie na kilka kolęd, a może nawet na nocną wyprawę do kościoła „na Pasterkę”. Leniwie upłyną dwa kolejne świąteczne dni … i może na tym skończą się święta? Co z tego, że „Bóg nawiedził lud swój”, co z tego, że ja miałem przede wszystkim przygotować serce na Jego przyjście, co z tego , że On przychodzi, abyśmy wyrwani z mocy naszych grzechów, żyli w pokoju i sprawiedliwości?

Jakoś „otrzaskały nam się” te święta, spowszedniał Adwent i stracił swój sens i znaczenie. W powodzi zewnętrznych przygotowań, tak niewiele czasu i sił zostaje już na coś głębszego, na przygotowanie serca, na refleksję, na zastanowienie: „Po co –tak naprawdę- Bóg przychodzi do człowieka? Po co się rodzi wśród nas?” Cały Stary Testament jest pełen mesjańskich zapowiedzi, pełen tęsknoty za Tym, Który ma przyjść. Ludzie Starego Testamentu czekali, ale kiedy Oczekiwany przyszedł … przeoczyli, zignorowali Jego przyjście, nie rozpoznali Tego, Który nawiedził swój lud.

Czy nie jest podobnie w naszym życiu? Niby wierzę, niby czekam, niby coś tam gdzieś „w duszy gra”, ale kiedy Oczekiwany przychodzi … ja jestem zaaferowany sprawami drugorzędnymi, bez znaczenia.  A może by tak w tym ostatnim dniu Adwentu znaleźć choć odrobinę czasu na spotkanie z Tym, Który przychodzi?

Nie przegap jego przyjścia, nie przesłoń go sztuczną choinką i symbolicznym, pustym nakryciem na stole. Zrób coś, kiedy przychodzi do ciebie w twoim sąsiedzie, potrzebującym pomocy, w zaniedbanym dziecku, w twoim krewnym borykającym się z kłopotami. Nie przegap Jego przyjścia!!!!

Msza wieczorem

Iz 62,1-5,      Dz 13,16-23,    v Mt 1,1-25

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama; Aram ojcem Aminadaba; Aminadab ojcem Naassona; Naasson ojcem Salmona; Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut. Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była /dawna/ żona Uriasza. Salomon był ojcem Roboama; Roboam ojcem Abiasza; Abiasz ojcem Asy; Asa ojcem Jozafata; Jozafat ojcem Jorama; Joram ojcem Ozjasza; Ozjasz ojcem Joatama; Joatam ojcem Achaza; Achaz ojcem Ezechiasza; Ezechiasz ojcem Manassesa; Manasses ojcem Amosa; Amos ojcem Jozjasza; Jozjasz ojcem Jechoniasza i jego braci w czasie przesiedlenia babilońskiego. Po przesiedleniu babilońskim Jechoniasz był ojcem Salatiela; Salatiel ojcem Zorobabela; Zorobabel ojcem Abiuda; Abiud ojcem Eliakima; Eliakim ojcem Azora; Azor ojcem Sadoka; Sadok ojcem Achima; Achim ojcem Eliuda; Eliud ojcem Eleazara; Eleazar ojcem Mattana; Mattan ojcem Jakuba; Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń. Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.

Emmanuel – Bóg z nami

Prawdą niewątpliwą jest to, że Bóg jest zawsze z nami, Bóg jest zawsze po naszej stronie. Długa genealogia Jezusa w dzisiejszej Ewangelii podkreśla ten fakt, że Syn Boży, Bóg-Człowiek, wszedł nie tylko w ciało ludzkie, ale także w ludzką historię i w ludzką codzienność, w ludzkie życie i w ludzkie sprawy. To wejście nie dokonało się w sposób uroczysty i pompatyczno-podniosły, ani tym bardziej słodko mdły. To wejście Boga w życie człowieka dokonało się nie bez problemów, jeszcze przed Jego narodzeniem. Nie ma w tym nic wzniosłego, ani patetycznego, kiedy Józef czuje się zaambarasowany faktem, że oto Maryja jest już w stanie błogosławionym, jeszcze przed oficjalną ceremonią zaślubin. Możemy sobie tylko wyobrazić jak bardzo kłopotliwa i niezręczna była taka sytuacja i dla Józefa, i dla Maryi … A co powiedzieć o narodzinach nie w aseptycznych warunkach klinicznych lecz w stajni, wśród zwierząt? Gdzie tu miejsce na wzniosły i patetyczny nastrój? Gdzie cała ta lukrowana otoczka Świąt Bożego Narodzenia, którą nam od tygodni serwują „małe kupczyki” i „wielkie magazyny”? Im przecież nie chodzi o przypomnienie nam faktu narodzin Boga wśród ludzi, ale o pretekst do zrobienia dobrego interesu.

Bóg jest tak głęboko wkorzeniony w ludzką historię, w ludzkie życie, że nie waha się stać się człowiekiem w sposób jak najbardziej naturalny i żyć ludzkim życiem z wszystkimi jego biedami i kłopotami. Bóg jest tak daleko z człowiekiem, że nie unika nawet ludzkiej niedoli, ludzkiej biedy i ludzkiej śmierci.

A jeśli BÓG JEST Z NAMI to któż przeciwko nam? Jeśli Bóg jest z nami, to my nie bądźmy przeciwko samym sobie! Nie daj się pochłonąć drugorzędnym uniesieniom. Nie daj się zwariować przedświątecznym zakupom i zobacz raczej to, co najważniejsze w czasie świąt Bożego Narodzenie, że Bóg stał się człowiekiem dla twojego zbawienia!

IV Niedziela Adwentu – A

Czytania: Iz 7:10-14; Rz 1:1-7; 

Mt 1:18-24

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie,

zwiastowanie-panskie

Emanuel – Bóg z nami

Zapowiedziany przez proroka Izajasza Emmanuel – Bóg z nami przychodzi do człowieka, aby człowiek stał się na nowo prawdziwym dzieckiem Bożym. Bóg nie waha się przyjąć ludzkiej natury i stać się człowiekiem. Bóg od początku świata, od stworzenia jest zawsze z człowiekiem, zawsze po stronie człowieka, zawsze go szuka i próbuje do siebie doprowadzić. Co więcej On jest z każdym człowiekiem indywidualnie. On jest nie tylko z bezimienną „ludzkością” jako taką, ale z każdym i dla każdego z nas. Rodzi się wśród ludzi, przyjmuje ludzką naturę, staje się jednym z nas. Przychodzi do nas nie jako władca, nie jako autorytet, nie jako król z mocą i porażającą potęgą, ale jako dziecko, ubogie i pozbawione wszelkich praw i atrybutów boskości, aby być z człowiekiem, po stronie człowieka, dla człowieka, dla każdego człowieka, dla ciebie także. Nie chce człowieka przytłaczać, ani przerażać swoja boskością. Nie otacza się dworem, świtą, gwardią przyboczną, nie odgradza murem, drutem kolczastym i zastępami ochroniarzy. Nie nosi kamizelki kuloodpornej i nie jeździ opancerzonym samochodem. „Nie łamie trzciny nadłamanej i nie gasi tlącego się płomienia„.

On przychodzi jako dziecko, otoczone nie dobermanami i rottweilerami, ale w stajni, w otoczeniu domowych zwierząt, w ubóstwie i w prostocie, w niedostatku i w biedzie. Bóg przychodzi, aby być z człowiekiem, a nie przeciwko człowiekowi, aby być z tobą, a nie przeciwko tobie!. Dlaczego więc tak wielu spośród Jego wyznawców odchodzi od Niego, zarzucając Mu, że jest „Bogiem odległym”, Bogiem wymagającym, Bogiem obcym? A „jeśli Bóg jest z nami, to któż przeciwko nam?” Jeśli Bóg jest po stronie człowieka, to cóż może się nam stać? Jeśli Bóg zdecydował się narodzić wśród nas i być jednym z nas, to czego się obawiamy i dlaczego -my sami- nie chcemy być z Bogiem?

Człowieku XXI wieku, dlaczego tak trudno ci uwierzyć, że Bóg jest naprawdę po twojej stronie?

*************************

Homilia alternatywna

Zaledwie kilka dni dzieli nas od Uroczystości Bożego Narodzenia. W parafiach Roraty dobiegają końca, kościelni przygotowują choinki do do świątecznego wystroju kościołów. W domach mamy sprzątają i pomału przygotowują potrawy na Wigilijną Wieczerzę. Dzieci z zapałem robią ozdoby na świąteczną choinkę. W sklepach pojawiły się wanny z żywymi karpiami i panuje ogólnie szał przedświątecznych zakupów. Dorośli wysłali już świąteczne życzenia do krewnych i znajomych. W kuchennym kredensie czekają opłatki, którymi podzielimy się w wigilijny wieczór. W pawlaczu lub głęboko w szafie schowane są świąteczne prezenty (czy przypadkiem nikogo nie przeoczyliśmy?). Jeszcze tylko kilka dni i !!!!!! Święta ….

I jakoś nachalnie ciśnie się na usta nieprzyjemne i niewygodne pytanie: „I CO?!?!” Czy naprawdę tylko o to chodzi w tym całym przedświątecznym zamieszaniu i zaaferowaniu? Co roku przeżywamy te same nastroje, podniecenie, nerwowość, wzruszenia … „I CO?!?!” Czy naprawdę Boże Narodzenie to tylko tyle?

Kiedy patrzymy na historię Izraela, na te kilka tysięcy lat Ludu Wybranego, na oczekiwanie jakim Izraelici żyli, na całe ich religijne, kulturalne i społeczne zaaferowanie i zaangażowanie oraz na fakt, że ostatecznie PRZEOCZYLI, PRZESPALI moment przyjścia Boga na ziemię, to jakoś dziwnie nieswojo robi się na duszy i sam zaczynam stawiać sobie pytanie: „Czy i ja nie przeoczyłem, czy nie przespałem przyjścia Boga w moim życiu? Czy nie powtarza się dokładnie ta sama historia -co roku- w moim katolickim, religijnym życiu?” Czy w całej tej przedświątecznej bieganinie i zaaferowaniu nie zagubiłem tego co najistotniejsze, czy nie stało się tak jak mówi wieszcz Adam Mickiewicz: „Cóż z tego, że Chrystus narodził się w żłobie, skoro pierwej nie narodził się w Tobie?” Czy On rzeczywiście narodził się we mnie, w moim życiu, czy jest w nim naprawdę obecny, czy raczej jest tylko niewiele znaczącym symbolem, kulturową i emocjonalną ozdobą? A może jeszcze jedno najbardziej bezpośrednie i niewygodne pytanie. „czy byłem już do spowiedzi, czy pojednałem się z Bogiem i bliźnimi w tym przedświątecznym czasie?”

Warto sobie takie niewygodne pytania postawić, szczególnie w tych ostatnich dniach poprzedzających Święta. Warto, bo w przeciwnym razie będą to tylko kolejne skomercjalizowane święta bez jakiegokolwiek znaczenia dla mnie i mojej wieczności. Bóg nie przychodzi na ziemię dla powierzchownych wzruszeń, nie dla kolęd i choinki, nie dla opłatka i karpia, nie dla wieczerzy wigilijnej. Syn Boży stał się człowiekiem, aby mnie na nowo do Ojca doprowadzić.

III Niedziela Adwentu – A

Czytania: Iz 35:1-6a.10; Jk 5:7-10; Mt 11,2-11

Tymczasem Jan, skoro usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na cropped-sw-janpustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on.

Czy Jezus jest Tym, na Którego czekamy?

Czy my w ogóle na Niego czekamy? Przechodzi obok nas, dokonuje rzeczy niezwykłych, a my nawet tego nie zauważamy, pochłonięci „robieniem pieniędzy”. Niektórzy z nas zdają sobie nawet z tego sprawę. Dostaję coraz więcej listów z takimi lub podobnymi słowami: „… przytłacza mnie ta szara rzeczywistość, zarabianie pieniędzy i cała ta bezsensowna pogoń, i naprawdę bardzo chciałbym się z tego kręgu wyrwać. Szukam ku temu jakiejś sposobności. Ale zdaje się, że to nie będzie takie łatwe. Byłoby to dla mnie korzystne, bo pozwoliłoby mi oderwać się od wszelkich spraw codziennych, od uzależnień i przywiązań, od pogoni za pustką. Ale nie wiem jak się do tego zabrać?

Niektórzy jeszcze czekają, szukają, starają się nie dać pochłonąć, ale większość … już dawno pozwoliła się wciągnąć w maszynkę rutyny, robienia grosza, szukania wygód i zaspokajania swoich najbardziej wyszukanych potrzeb i zachcianek. Czy to jest jeszcze życie? Czy to ma w ogóle sens, być maleńkim trybikiem w ogromnej maszynie bezsensownych zachcianek i sztucznie podsycanych potrzeb? Jezus przyszedł, aby nas od tego uwolnić, aby nam pokazać, że nasze życie nie musi być wcale zredukowane, do zarabiania, oszczędzania, ciułania, pogoni za pieniądzem, robienia kariery, wzajemnego podgryzania się … i ostatecznie do „pogoni za pustką”.

Jezus przyszedł, aby nam pokazać, że to wcale nie chodzi o „miękkie szaty” i godności, o zaszczyty, bogactwo i dobrobyt. Jezus przyszedł, aby nam przynieść pokój prawdziwy, wewnętrzny pokój, przekonanie, że moje życie dobrze przeżyłem, że ono naprawdę ma sens, chociaż być może niewiele się dorobiłem. Jezus przyszedł, aby nam pokazać, że bardziej liczy się prawda i sprawiedliwość niż nowy samochód, wytworny ciuszek, czy nawet intratna posadka.

Nie był negatywistą i nie proponował, aby wszyscy zostali abnegatami lub mnichami. Ale wydaje się jakby mówił: „Ludzie kochani! nie dajcie się zwariować! Przecież życie wasze, to coś więcej niż tylko gromadzenie dóbr materialnych„. Czy my nie widzimy, że świat „biznesu” próbuje nas właśnie „zwariować”? Czy my nie widzimy, że wmawia się nam coraz większe potrzeby i udowadnia, że coraz bardziej nam tego lub owego brakuje? A my idziemy na lep i dajemy się omamić? Nawet kosztem innych, kosztem prawdy, kosztem sprawiedliwości, kosztem spokojnego sumienia, kosztem własnego zdrowia.

Czasami przechodzi obok Jan Chrzciciel, próbuje nami wstrząsnąć, poruszyć, przywołać nas do porządku … ale jakoś go nie zauważamy, albo jeśli już, to traktujemy go jako swoiste kuriozum, ewenement, człowieka nie z tej ziemi, odludka, dziwaka, którego nikt poważnie nie może traktować. Jan Chrzciciel zawsze był i będzie człowiekiem niewygodnym, wyrzutem sumienia, a takich lepiej w ogóle unikać …

Przychodzimy do kościoła może nie po to aby oglądać człowieka w miękkie szaty odzianego, ale może po to, aby posłuchać człowieka „miękko mówiącego”, nie wymagającego, nie mówiącego o grzechu … iluż to ludzi odeszło od Kościoła, od Chrystusa, bo spotkali Jana Chrzciciela, któy im „wygarnął”?

Nabierzmy trochę dystansu. Popatrzmy na nasze życie z boku i zapytajmy samych siebie:

Czego szukam, na co czekam w moim życiu? Jaki jest sens całej tej szarpaniny?

*******************************

Homilia alternatywna

Priorytety naszego  życia …

Mówiąc w tę trzecią niedzielę Adwentu o Janie Chrzcicielu, Jezus pragnie dać nam nie tylko przykład do naśladowania, przykład życia człowieka, który nie szukał siebie i swoich wygód, ale i głębszą naukę o naszych życiowych priorytetach, o tym co naprawdę jest w ludzkim życiu ważne i co naprawdę się liczy. Święty Jan Chrzciciel to na pewno człowiek bezkompromisowy, nie szukający ani poklasku, ani wygód (… coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą…). To człowiek, który rozpoznając priorytety w swoim życiu staje się prorokiem, zwiastującym przyjście Chrystusa. I dlatego jest on wzorem dla wszystkich uczniów Chrystusa, którzy pragną wejść do Królestwa Niebieskiego. Tylko bowiem taka postawa w życiu, postawa bezkompromisowej wierności Chrystusowi znajdzie swoją nagrodę w dniu ostatecznego przyjścia Pana.

Niestety w świecie współczesnym bezkompromisowa wierność jest ośmieszana. W naszym życiu wystawieni jesteśmy raczej ustawicznie na pokusę niewierności, pod pokrywką tolerancji. Na co dzień zachęcani jesteśmy do życia „na luzie”, do tego, aby nie być fundamentalistą, fanatykiem, radykałem, „zakapiorem”. Świat mówi nam wiele razy dziennie: „take it easy„, „keep smiling„, „wyluzuj„, „odpuść sobie„. W takim świecie Jan Chrzciciel nie jest na pewno wzorem do naśladowania, nie może być uznany ani doceniany. W takiej rzeczywistości liczy się tylko spryt, przebiegłość i i szukanie własnych korzyści. Tak uczy się dzieci, tak formowana jest młodzież, takie modele preferowane są w filmach. Wszystko co nie jest zgodne z tą filozofią liberalizmu i relatywizmu, z mentalnością „maksymalny zysk przy minimalnym zaangażowaniu” jest ośmieszane, poniżane i zwalczane, jest niemodne, przestarzałe, jest wyrazem słabości i wstecznictwa. My po prostu boimy się już być wierni, dobrzy, zaangażowani i uczciwi. Boimy się ośmieszenia, wyrugowania nas poza nawias życia, izolacji. A przecież Jezus oczekuje od nas tylko jednego; całkowitej wierności i zaufania tylko Jemu samemu. Nie obiecuje łatwych zysków, nie obiecuje miękkich szat i wygód, ale proponuje tylko i aż życie wieczne. Jest tylko jeden podstawowy problem, każdy z nas musi sam ustawić sobie właściwe priorytety i być im wiernym. Wiedząc jednocześnie, że sam poniosę konsekwencje moich wyborów.

Chrystus do niczego mnie nie zmusza, do niczego nie zniewala. Proponuje i to w sposób uczciwy, podjęcie niełatwej, ale prowadzącej do wiecznego zbawienia drogi. Po to właśnie przyszedł na ziemię i stał się człowiekiem, aby mi to zaproponować i pomóc w kroczeniu tą drogą. Nikt jednak za mnie tego nie zrobi, nikt nie dokona wyboru w moim imieniu. Nawet Bóg „posyłając swego Jednorodzonego Syna aby świat zbawił” ostateczną decyzję pozostawił każdemu z nas. Ja sam muszę ustawić sobie priorytety w swoim życiu i być im wierny. On zawsze jest po mojej stronie i zawsze gotowy do pomocy, do wybaczenia, do wsparcia swoją łaską, ale ja sam mszę dokonać wyboru, podjąć decyzję i być jej wiernym.

II Niedziela Adwentu – A

desertCzytania: Iz 11:1-10; Rz 15:4-9; Mt 3:1-12

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie. Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, dla Niego prostujcie ścieżki. Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im: Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Homilia

Głos wołającego na pustkowiu … głos nie słuchany …

Wstrząsające są słowa św. Jana Chrzciciela z dzisiejszej Ewangelii. Wstrząsające i … nie słuchane. Jan nadal woła na pustkowiu i nikt go nie chce usłyszeć. „Nawracajcie się … przygotujcie drogi Panu … prostujcie ścieżki dla Niego”. Słyszałem te słowa i ja wielokrotnie, nawet w dzisiejszej Ewangelii … i co? Jednym uchem wleciało, drugim wyleciało. Tyle już adwentów było w moim życiu i tyle szans danych mi przez Boga na zmianę życia, na nawrócenie i co? Kiedy Jan mówi: „Już siekiera do korzeni drzew jest przyłożona … za mną idzie ten, Który ma wiejadło w ręku i oddzieli plewy od pszenicy” – słucham tego -być może nawet pobożnie- i zapominam, albo mówię sobie: „to nie do mnie, to do innych”.

Nawoływanie Jana jest nadal wołaniem na pustkowiu współczesnego świata. Nikt nie traktuje poważnie jego słów i upomnień. Nikt nie chce uznać, że ma coś do wyprostowania w swoim życiu, do naprawienia, do zmiany, do oczyszczenia … Jan woła, a świat patrzy na niego jak na dziwaka, odludka i katastrofistę.

Nikt go nie słucha, a nawet jeśli słucha to nie bierze poważnie jego słów. Tak chętnie prostowałbym drogi, ale innym, tak chętnie nawracał, ale innych … Ja …? Nie mam nic do zmiany.

Trzeba wielkiej pokory żeby przyjąć i uznać słowa św. Jana, ale też trzeba najpierw przestać być głuchym, żeby je usłyszeć. W zalewie przedświątecznych przygotowań, szaleństwie zakupów „mikołajkowych” i gwiazdkowych nie mamy czasu, nie chcemy usłyszeć nawoływania św. Jana. Ponad 2.000 lat temu narodził się Zbawiciel świata, ale jakoś dziwnie nie przyszedł On jeszcze do wielu spośród Jego wyznawców, bo ich drogi nadal są kręte, bo ich ścieżki nadal pogmatwane, bo ich uszy nadal pełne wrzasku i hałasu, a ich serca zatwardziałe. Gdzie pszenica, a gdzie plewy w moim życiu? Czy rozdzielenie  ziarna i kąkolu, dobra i zła ma się rzeczywiście dokonać dopiero przy sądzie ostatecznym? Ale wtedy -być może- będzie już dla mnie za późno?

Czy nie lepiej posłuchać i potraktować poważnie nawoływanie Jana już teraz?

Trzeba wielkiej pokory i wielkiej uwagi aby usłyszeć i przyjąć poważnie nawoływanie św. Jana. A może zamiast przygotowywać się do świąt, najpierw przygotuj się na „przyjście Pana”?

Nawrócenie – czy to jeszcze coś dla mnie znaczy?